Szczęśliwa dwunastka, czyli nieco inne podsumowanie roku 2020

Mam wrażenie, że w tym roku podsumowań jest jakby mniej. Pewnie zamiast wyliczać kolejne nieszczęścia i niewypłaszczone krzywe, wszyscy wolelibyśmy po prostu mocno zatrzasnąć drzwi za odchodzącym 2020 i zrobić ten nieśmiały, ale jednak pełny nadziei (jak to ku nowości) krok w stronę 2021. Też kusiło mnie, by nie zostawiać śladu po tym przedziwnym czasie. Ale po chwili uznałam, że Szczęśliwa dwunastka to już taka moja mała tradycja, publikuję ją po raz piąty! Co ciekawe – również w kontekście tego roku – większość współuczestników moich najfajniejszych chwil od lat się nie zmienia. Przygoda przed urodą Dziś kiedy myślę o tamtym weekendzie, to nie mogę uwierzyć, że to było faktycznie już w tym roku. Być może dlatego, że początek 2020 utopiłam w wielu rozczarowaniach i żalu, tym razem nie tylko do siebie. Ale może gdyby nie ten zachwyt nad puchatą od śniegu i słoneczną zimą w Gorcach, to moja żałość byłaby…

Na co do kina w Krakowie? Letnie Tanie Kinobranie

Ograniczenia związane z koronawirusem odbiły się na kinach wyjątkowo mocno: wiele premier zostało odwołanych lub przesuniętych, a sale pozostawały bardzo długo zamknięte. Sama przez ostatnie 10 lat na pewno nie miałam tak długiej przerwy od kina, a jak wiadomo – chodzę tam tylko z miłości. Przyznam, że chyba jedynie za swobodą podróżowania tęsknię bardziej. Ale najważniejsze, że do kina znowu można! I podoba mi się najbardziej. Bo raz, że siedzi się po szachownicy, więc w końcu nikt mi nie zasłania. A dwa, że dzięki maseczkom również nikt nie je. W krakowskim Kinie pod Baranami Letnie Tanie Kinobranie ruszyło jak co roku, więc podrzucam kilka propozycji, co możecie zobaczyć w sierpniu: Kafarnaum (2018), reż. Nadine Labaki – pierwsza myśl jaka nasuwa mi się przy takich seansach, to: po co właściwie takie filmy kręcić? Surowe i reporterskie, z naturszczykami w rolach głównych, patologiczną biedą w scenografii i jednak sfabularyzowaną historią. Żeby nas poruszyć? Żeby wywołać…

Co myślę w ukryciu? cz. I

Myśli i nastroje, które towarzyszą mi od początku widowiskowego tournée koronawirusa po Europie, układają się sinusoidalnie. Moja własna krzywa nie notuje wzrostu wykładniczego, ale też się nie wypłaszcza. Czasem startuje z poziomu #wszyscyzginiemy, by później jednak wyhamować na: ale przynajmniej poziom memów był wyborny. Gdzieś pomiędzy lokują się strach o bliskich i inne zmartwienia bytowo-życiowe. Te właśnie podduszają mnie znacznie przebieglej niż wszędobylski wirus. *** Artur Rojek śpiewa, że chodzisz na wojnę a ja śpię, nie możesz nie móc, musisz drżeć. A Stanisław Barańczak pisze, że płakała w nocy, ale nie jej płacz go zbudził i że wilgoć poduszki to nocne prawo ludzi. Czyli też kiedyś czuli tę bezradność, zupełne poczucie bezużyteczności. Kiedy chciałoby się zrobić wszystko, a nie można nic. *** Zastanawiam się, jak ma się nasza planeta? Czy kiedy my walczymy o każdy oddech, ona w końcu odetchnęła pełną piersią? Choć wiem, że delfiny w weneckich kanałach to tylko…

14 cytatów, które dają spokój

Ostatnie dni są dla mnie pełne napięcia: stres w pracy, strach o bliskich, milion pytań, które napadają mnie znienacka i na które nie znam odpowiedzi. Bo prawdopodobnie nikt nie zna. Domyślam się, że te uczucia towarzyszą teraz większości z nas. Nagle świat do góry nogami, a my dalej tak jak staliśmy. Tylko w zamknięciu, w odstępach. Daleko od siebie, kiedy najbardziej potrzebowałoby się być blisko. Nie mam na to żadnej złotej rady. Bo prawdopodobnie nikt nie ma. Ale zauważyłam, że nic mnie tak nie uspokaja, jak poczucie, że to wszystko ktoś już kiedyś przeżył. Może inaczej, ale jednak tak samo. Wspólnotę myśli odnalazłam jak zwykle w cudzych słowach. Może i Wam dadzą trochę wytchnienia. Zaznaczę, że wybór jest bardzo subiektywny, a jedyne zastosowane kryterium to: od sasa do lasa. Dlatego śmiało uzupełnijcie o Wasze lub przywłaszczone myśli. Właściwie chodzi wyłącznie o to, żeby nie poddać się zmęczeniu, nigdy nie dopuścić…

Jak pracuje się z domu?

Kiedy niemal rok temu zaczynałam pracę dla Leżę i Pracuję, wiedziałam, że jedną z największych zmian będzie praca całkowicie zdalnie. Nigdy wcześniej tego nie robiłam. Przez ponad 6 lat chodziłam codziennie do biura, a przez połowę tego czasu pracowałam w trzydziestoosobowym zespole w ołpen spejsie. Home office uprawiałam tylko w szczególnych okolicznościach, sporadycznie. Dlatego wizja pracy z domu na początku przerażała mnie bardziej niż się do tego przyznawałam. Po roku stwierdzam, że jeśli byłoby to możliwe, to chyba już do końca życia chciałabym pracować z domu. Jak się zorganizować? Na początku na pewno pomogły mi przyzwyczajenia przeciętnego etatowca. Nie miałam tych freelancerskich pokus, by wstawać o 10 i w ramach elastycznego czasu pracy wyskoczyć z kimś na kawę czy przerywać pracę domowymi obowiązkami, by finalnie zamknąć laptopa o 23. Od początku narzuciłam sobie bardzo zdyscyplinowany tryb pracy i właściwie nie robią od niego wyjątków. Zaczynam pracę zwykle między 7:30 a 8:30…

Przypadkowa życzliwość

W książce Zrób sobie raj Mariusz Szczygieł umieścił takie fajne zdanie, które mogłoby być pierwszym przykazaniem interakcji społecznych: Pielęgnujcie przypadkową życzliwość. Nie wiem jak u Was, ale w styczniu na moim podwórku to raj nawet nie majaczy na horyzoncie. Trochę zapomniałam, że istnieje. Choć tęsknię bardzo. Niestety, jedyne co widzę ostatnio przez okno to pole, po którym przejechał emocjonalny kombajn prowadzony przez pijanego. Chciałabym wierzyć, że tu na razie jest ściernisko, ale będzie la la la la. Potańczone. W każdym razie zauważyłam, że ta #przypadkoważyczliwość to takie mini przebitki z raju. Czasem tylko kropeczki. Ale połączone w całość, dają jakąś nadzieję na horyzoncie. Dlatego dziś je splatam, tworząc własną listę przypadkowej życzliwości. I Was do tego też zachęcam 🙂 Obcy człowiek w gondoli podarował mi jednorazowy ogrzewacz do rękawiczek o wyglądzie torebki herbaty, bo usłyszał, jak mówię, że zmarzły mi dłonie. Pani na poczcie pomogła mi dopasować paczkę do rozmiaru standardowego wg…

Szczęśliwa dwunastka, czyli nieco inne podsumowanie roku 2019

Mijający rok rozpoczął się dla mnie w śniegu po pas i widoczności na maks 10 metrów przed siebie. Ciężko, ale pięknie. Aż szkoda, że nie mówi się, że jaki Nowy Rok, taki cały rok, bo pasowałoby idealnie. Wiele spraw kosztowało mnie bardzo dużo wysiłku, ale ani razu nie poszło to na marne. I jak powiedziała M., nawet jeśli momentami WCALE nam się nie podobało, to jednak chodźmy dalej! 🙂 Biali Wędrowcy Spontaniczność ocierająca się o chaos jest dla mnie trudna, zwłaszcza jeśli chodzi o grupowe wyjazdy. Dlatego kiedy dzień przed sylwestrem nadal nie było wiadomo, dokąd pójdziemy, a dodatkowo prognoza pogody sugerowała, że nieważne gdzie – na pewno po błocie, byłam gotowa zostać jednak w łóżku. A potem zaczęło padać i padać. Szliśmy gęsiego w śniegu po pas i sama nie wiem, ile razy żałowałam, że mi się zachciało w góry. A potem była impreza w schronisku na Turbaczu i…

Najczulszy z miesięcy

Maj to haj. Czerwiec: nienasycenie, lipiec: szaleństwo (albo w polskim wydaniu: deszcz). Potem ukochany sierpień: namiętność. I na tym kończyłyby się fajne miesiące. Ale jest jeszcze jeden. Wyrzucony gdzieś poza tę wesołą letnią gromadkę, której słońce daje po oczach. Tonący w ciemności na samym końcu roku. A jednak najczulszy z nich – grudzień. Kiedyś był dla mnie synonimem wyrzutów sumienia. Bo tyle chciałam i tyle samo, a może jeszcze więcej, nie zdążyłam. Już nawet nie chodzi o to memowe mycie okien, bo pokoleniowo uodporniłam się na świąteczne pucowanie szyb. Ale o próbę kondensacji miliona niezałatwionych i dodatkowych spraw w zaledwie cztery tygodnie. Byle zdążyć, byle do Wigilii. I nieważne już komu radość – byle było załatwione. Kartki, roraty, prezenty, projekty, spotkania, sprzątania. A światło gaśnie o 16 i jak człowiek idzie spać o 22, to czuje się trochę jakby przeżył (albo przebiegał) dwa dni zamiast jednego. Od dwóch lat uczę…

Przerywnik

Ostatnio nie umiem złapać oddechu, a co dopiero słów. Dlatego udaję, że kilka krótkich zdań to może być jeden dłuższy tekst. Może się uda. 1.11 Przymuszona okolicznościami (ledwo zdążyłam na pociąg, nie było czasu na księgarnię) i przygnieciona zmęczeniem (nawet o serialu pomyślałam, że nie dam rady oglądać z otwartymi oczami), skusiłam się na podcast. Śledztwo Pisma jest tak dobre, że kiedy moja siostra zaproponowała, by założyć przed wyjściem na cmentarz słuchawki pod czapkę i jak najszybciej odsłuchać kolejny odcinek, nie wydało mi się to ani trochę głupie. 2.11 Trochę śmieszne było jechać całą rodzinę na lotnisko. A na pewno niekonieczne. Potem okazało się, że machanie do siebie zza bramek bezpieczeństwa, jak już właściwie nic poza machającą ręką nie widać, jest super. Kochanie jest konieczne, w rodzinie też. 3.11 Mam szczęście, że grób, którego nie umiałam odwiedzić, jest u podnóża Beskidu Wyspowego. Cały dzień chodzenia za chwilę na cmentarzu. Trudna,…

Naprawdę dobra randka

Sama nie wiem, ile na to czekałam. Pamiętam, że na początku niespecjalnie się tym martwiłam. Było jak było, raz lepiej, raz gorzej. Zgodnie z bezcenną radą „zajęłam się przede wszystkim sobą”. Choć często okazuje się, że to zajmowanie się sobą jest cholernie trudne, to jednak trzeba przyznać, że czas na tym ucieka jak z bicza strzelił. A potem, że do zajmowania się sobą jednak potrzeba czegoś więcej niż tylko siebie, więc może i wszechświat jakoś na tym skorzysta. Tak czy inaczej – dość łatwo było zapomnieć, że Cię już nie ma. Z perspektywy czasu wydaje mi się, że zrobiłam to głównie siłą rozpędu. Wydawałoby się więc, że przeczekam, jakoś to będzie. Dzień za dniem – najważniejsze, że do przodu. Poza tym każdego coś boli, dajcie spokój. Ale przychodzi ta oziębłość i ciemność listopada, a człowiek się orientuje, że to nie tylko za oknem tak ponuro. Tylko że ktoś się strasznie…

Navigate