Urodzinowe 27 faktów o mnie

Kiedy rok temu zakładałam Mały Blond, tak naprawdę spełniałam swoje wieloletnie marzenie. Dziś czuję to jeszcze bardziej niż wtedy. Kiedy widzę, że tylko w ubiegłym miesiącu zajrzało tu ponad 1 500 osób, to jest to dla mnie nie-sa-mo-wi-te! Ale przede wszystkim pisanie tutaj dla Was i dla siebie jest dla mnie wielką frajdą, a jednocześnie stało się jednym z najważniejszych elementów mojej codzienności. Dlatego pomyślałam, że urodziny bloga i moje to dobra okazja, by się odrobinę lepiej poznać. Po wpisie z podsumowaniem roku dostałam kilka głosów, że było zbyt enigmatycznie i za dużo pozostało w sferze domysłów. No to dziś będzie wręcz odwrotnie – prosto z mostu! Łapcie 27 faktów o mnie 🙂 Bardzo jestem ciekawa, ile tych umiarkowanych dziwactw ze sobą dzielimy. Uwielbiam zapach świeżego betonu. Kojarzy mi się z latem. Być może dlatego, że w tym okresie rusza większość dużych prac budowlanych i remontów. Obrzydza mnie surowe mięso…

Klątwa sukienkowa

LATO 2016 Wszystko zaczęło się niemal rok temu. Pojechałam wtedy z mamą na zakupy. Tutaj mogłabym się wysilić na jakąś porywającą metaforę czy zabawny opis, który przybliżyłby Wam nieco, co to znaczy pojechać na zakupy z moją mamą. Na szczęście nie muszę, bo język polski służy mi idealnym zwrotem, o którym czasem myślę, że został wymyślony właśnie po to, na tę tylko jedną okazję opisu sytuacji kobiet, udających się na zakupy: PRZEPAŚĆ Z KRETESEM. To właśnie przytrafia się mojej rodzicielce, kiedy tylko mija rozsuwane drzwi. A później na próżno jej już szukać między wieszakami, przymierzalniami i promocjami. Zniknęła, nie ma, jak kocha to wróci. Najwyraźniej był to dzień deficytu matczynej miłości, bo mimo, że drzwi kolejnych sklepów były otwarte na oścież, żadne nie chciały wypuścić rodzicielki. Nieco znudzona sytuacją, nie wiedząc, ile to jeszcze może potrwać, wpadłam na szalony pomysł, że może by się tak też dać porwać temu zakupowemu…

Niemożliwe

Zawsze wolałam Boże Narodzenie. Magiczną atmosferę grudnia i ciepło, które bije z każdego kąta. Pachnącą choinkę i melodie kolęd. Opowieści o wybaczaniu i kochaniu, które przychodzą wraz z pierwszą gwiazdką, bo przecież „w tym czasie nikt nie powinien być sam”. W tym porównaniu Wielkanoc wypada jakoś tak blado i nieatrakcyjnie. A przede wszystkim na wskroś samotnie. Niby jest miło i wesoło. Bo przecież kolory palm i pisanek, święcenie koszyczka z jedzeniem, szukanie zajączka i śmigus-dyngus. Próbujemy białym obrusem i umytymi oknami, żeby było bardziej po ludzku i po naszemu. Tymczasem to są święta całkiem nieludzkie. Może dlatego takie trudne do lubienia. Nie ma w nich radosnego oczekiwania na narodzenie, które każdy z nas zna, odkąd przyszedł na świat. Są za to dwa wielkie i przytłaczające słowa: odkupienie, którego na ochotnika pewnie wolałabym nie próbować na własnej skórze i zmartwychwstanie, czyli to, o czym nie wiem nic. Tajemnica z tych niepojętych…

Wiosna na całego

Zimno służy konserwowaniu. Kosztem stopniowego przymarzania, nie psujemy się bardziej. Coś straciliśmy, za kimś tęsknimy. W środku pękamy. Bo im człowiek bardziej zmarznięty, tym łatwiej mu się rozpaść. Rozkruszyć. I takich zastaje nas wiosna. Pierwsze prawdziwe ciepło zwykle oszałamia. Coś w nas ożywa na nowo. Dusza gra, tańczy, śpiewa. Zrzucając ciepłe płaszcze, długie szale i wysokie buty, zyskujemy na lekkości. Tak trudno się powstrzymać i temu nie ulec! Odzywają się wszystkie tęsknoty długich, zimowych, czasem samotnych wieczorów. Dlatego z odwagą patrzymy słońcu prosto w twarz i wyciągamy ręce w krótkim rękawie ku światu. Za szybko, za wcześnie. Zbyt łapczywie. Zaskakuje nas niemiłe zimno. Wieczna zmarzlina w nas samych. Temperatura się nie zmienia, to my nie potrafimy się ogrzać. Żadne zewnętrzne ciepło nie wygra z wewnętrznym chłodem. Z ratunkiem przychodzi orszak przedszkolaków. Ubrani jeszcze trochę zimowo, ale z uśmiechami na twarzach całkiem wiosennymi. Niosą kukłę, by ją utopić. Ważna zasada: nie…

5 wegetariańskich fast foodów w Krakowie

Kilka lat temu mięso prawie zniknęło z mojego jadłospisu. Wbrew pozorom nie jest to wyznanie na poziomie ideologicznym. Po prostu kiedy przeprowadziłam się na studia i zaczęłam sama gotować, bardzo szybko uświadomiłam sobie, że… surowe mięso mnie obrzydza. Obrzydza mnie tak bardzo, że jest mi naprawdę niedobrze, kiedy muszę go dotknąć. Już nie mówiąc o ewentualnym krojeniu. Za to nic takiego nie nachodzi mnie przy krojeniu takiej, dajmy na to, cukinii. Wybór był więc prosty. Później przemyślałam to trochę bardziej i od niemal dwóch lat właściwie zupełnie nie jem mięsa, wędlin itd. Może napiszę kiedyś o tym więcej, ale póki co krótko: nie jem, nie brakuje mi, nie tęsknię. Poza dwoma wyjątkami. Są nimi szynka parmeńska (trudno, jakoś muszę z tym żyć) i tortilla/kebab ratujące życie żołądek jako szybkie jedzenie w biegu lub imprezowy przerywnik. I tak jak już raczej nie ma sytuacji, w których w knajpach brakuje rozsądnej wegetariańskiej…

Share Week 2017: dzielę się dobrociami

Mam słabość do ludzi z pasją. Uwielbiam ich poznawać, obserwować rozwój i determinację. A kiedy te osoby dzielą się sukcesami lub po prostu frajdą z tego, co robią, to czuję jakby cały świat stawał się od tego odrobinę szczęśliwszy. Bardzo to jest fajne! Dlatego z całych sił wspieram wszystkie akcje, w których ludzie szczerze i życzliwie doceniają się wzajemnie, polecają efekty swojej pracy i pasji. Jedną z najlepszych wymyślonych właśnie w tym celu jest Share Week. To już VI edycja akcji stworzonej przez Andrzeja Tucholskiego (którego szalenie cenię i podziwiam – jest niesamowity!) polegająca na tym, że internetowi twórcy polecają innych internetowych twórców. Więcej o założeniach przeczytacie u źródła. Tegoroczne polecenia miałam wybrana od dawna: nieśmigielska.com – czyli słabe żarty i mocne zdjęcia. Bardzo rzadkie i zaskakująco doskonałe połączenie siły sucharów z zasięgiem obiektywu. A bardziej serio… Nigdy nie przepadałam za blogami podróżniczymi. Chyba dlatego, że zwykle brakuje mi w nich…

Jak pękało mi serce, czyli Manchester by the Sea

Od lat nie płakałam w kinie. Mimo, że chodzę do kina tylko z miłości, to jednak nie potrafię we wzruszenie przed wielkim ekranem. A Manchester by the Sea łza po łzie znaczył pęknięcia na moim sercu. Każde jedno. I nie było to jedynie tanie wzruszenie, choć historia tak bardzo zwyczajna. Aż chciałoby się powiedzieć, że po prostu życie. Bo to jest film o życiu, w jego najbardziej ludzkim wymiarze. Człowiek nie beczka Główny bohater Lee Chandler (w tej roli fenomenalny Casey Affleck) jest dozorcą na jednym z wielu osiedli w Bostonie. Wszystko jest zwyczaje i codzienne. Trudno wyobrazić sobie, że między odśnieżaniem podjazdu a przetykaniem toalety może wydarzyć się coś ważnego czy spektakularnego. A jednak nawet w tym wolnym tempie jakby znikąd przychodzi napięcie, którego nie można zignorować. Bo być może właśnie o takich jak Lee myślał Wiesław Myśliwski, kiedy pisał w Widnokręgu, że „człowiek nie beczka. Nie wszystko się…

Okres. Historia prawdziwa

Każda z nas doświadczy w swoim życiu menstruacji średnio pół tysiąca razy na przestrzeni około 35 – 40 lat. Nie ma ani jednej kobiety na świecie, której ten temat by nie dotyczył, a tylko w tym momencie przez menstruację przechodzi jakieś 300 milionów z nas! Co więcej: nikogo z nas nie byłoby na świecie, gdyby ten naturalny proces nie zachodził. Mimo tej skali i powszechności zjawiska (że tak to na razie ujmę), nadal jest to temat jakby mało wygodny, niezbyt komfortowy, a już na pewno niepopularny. Pytanie, czy jest jakikolwiek sensowny powód, by ten stan utrzymywać. Bo mnie się wydaje, że nie. Kultura w rozkroku O tym jak miesiączka była postrzegana w różnych kręgach kulturowych i na przestrzeni wieków wielu dużo mądrzejszych ode mnie ludzi napisało już tysiące stron, więc nie będę tego powtarzać. Jednym z głównych punktów wspólnych jest pewien rodzaj ambiwalencji w podejściu. Z jednej strony miesiączkujące kobiety…

Do kina chodzę tylko z miłości

W jednym z moich ulubionych wierszy Stanisław Barańczak napisał, że łzy w kinie płyną łatwiej niż w życiu*. Moje chyba nie, bo bardzo rzadko płaczę, oglądając filmy. Ale rzeczywiście jest to dla mnie przestrzeń pewnej intymności. Nigdy nie umiałam traktować kina jak zwyczajną rozrywkę. Sama już nie wiem, od czego się zaczęło. Ale chyba od tych wszystkich klasowych wyjść do kina, które zawsze były dla mnie torturą. Wśród głównych winowajców wymieniłabym zdecydowanie zbyt tłumne towarzystwo, latający w powietrzu popcorn i filmy wybierane przez ciało pedagogiczne prawdopodobnie wyłącznie ze względu na morał (duże słowo). Wtedy zrozumiałam, że takie kino nigdy nie będzie dla mnie. Kilka lat później w deszczu biegłam ulicą Grodzką. Buty ślizgały mi się na każdej kostce mokrego bruku i pewnie skończyłoby się to upadkiem, gdyby nie ręka, której się trzymałam. Pamiętam, że wpadliśmy do kina całkiem przemoknięci i zgrzani. Rezerwacja dawno przepadła, ale zostały dwa wolne miejsca w…

5 zmysłów: „Sztuka Kochania” czyli seks na kajaku, zupa doprawiona miłością i wspomnienie Danuty Szaflarskiej.

Naprawdę lubię zimę. Za wyjazdy na narty, wirujący za oknem śnieg i za trzask zamarzniętych kałuż, który przypomina mi spacery z dzieciństwa. Ale w lutym czuję się już zmęczona i wychłodzona, a przede wszystkim ogromnie stęskniona za wiosną! Bo wszystkie fajne rzeczy zimą się już skończyły. A trochę ich było, więc na zimowe pożegnanie łapcie 5 zmysłów! Dla uszu  Cały dzień, a nawet tydzień zrobił mi singiel Voo Voo promujący nową płytę. Powiedziałabym, że w każdym dniu tygodnia brzmi tak samo doskonale: https://www.youtube.com/watch?v=Nmz0ah7e6TE Podobnie jak Ania Rusowicz z zespołem Mitch & Mitch w znakomitym coverze prosto ze „Sztuki Kochania”: https://www.youtube.com/watch?v=nfaOAr_bA_0 Dla oczu SERIAL Ostatnio po dłuższej przerwie trafiłam na serial, który miałam ochotę obejrzeć w jedną noc! Mowa o Conviction. Oczywiście fabułą rządzą mało możliwe zbiegi okoliczności, a wszyscy bohaterowie są ładni, genialni i z wielkich ośrodków. Ale nadal śledzenie zmagań zespołu, który pod okiem diabelnie bystrej, a przy tym zabawnej…

Navigate