Historie przeważnie prawdziwe

Share Week 2018: kogo czytam i polecam czytać!

Co jakiś czas ktoś z grona bliskich znajomych daje mi kuksańca i mówi „Weź, pisz częściej”. Co jakiś czas sama sobie daję kuksańca, mówiąc „Ogarnij się i zacznij pisać”. Jednak znacznie częściej niż co jakiś czas, odwiedzają mnie myśli typu: „To nie ma sensu”, „Nie mam nic mądrego do napisania”, a w końcu „Na co to komu”. Na tym ostatnim etapie zwykle mam ochotę rzucić pisanie i bloga w cholerę, ba, pewnie kilka razy już bym to zrobiła (przy okazji obrażając się na siebie i na cały świat). Przed kliknięciem ostatecznego czerwonego krzyżyka powstrzymuje mnie tylko jedno: ludzie, którzy zaufali mojemu pisaniu. Ci, którzy komentują, dyskutują, a czasem nawet polecają innym (wciąż trudno mi w to uwierzyć) to, co napisałam. Czuję wtedy, że strasznie nie fair byłoby ich rozczarować, poddając się lenistwu czy chwili marazmu. Dlatego uważam, że Share Week wymyślony przez Andrzeja Tucholskiego jest fantastyczną akcją. Nie dość, że…

Czego nauczyły mnie dwa tygodnie z nogą w gipsie? Lament na NFZ

Dwa tygodnie temu podczas zjazdu czarną trasą na jednym z najbardziej wymagających europejskich lodowców przy prędkości ponad 100 km/h… No cóż, tak będę opowiadać dzieciom. A tak naprawdę dwa tygodnie temu na chillowym, wieczornym jeżdżeniu w Kasinie Wielkiej (dobrze, że chociaż „wielkiej” he he he) złamałam nogę. Jest to doświadczenie, które nieźle daje w kość (puchar za ten suchar). Bo nie tylko boli jak diabli, ale też bardzo ogranicza. Nie mówię już o odłożeniu na bok różnych wiosennych planów (nartki w Dolomitach, kurs tańca i EDK – tak, oczekuję żałości i współczucia), ale o dość nagłej utracie swobody i niezależności. A przede wszystkim godności, jeśli wziąć pod uwagę starcia z NFZ. Tak się składa, że te ostatnie chyba bolą najbardziej. Przyznam, że od dawna nie miałam do czynienia z NFZ. Niby wiedziałam, że system nie działa. Jesienią z przerażeniem czytałam książkę Pawła Reszki Mali bogowie, a po drodze gorąco popierałam…

Jak nie skończyć w przeręblu? Dobroci na zimę razy trzy

Mimo że sporty zimowe należą do moich ulubionych, to muszę się Wam przyznać, że za zimą jako taką wcale nie przepadam. Właściwie mam ją za podstępną bździągwę, która nie wstydząc się ani trochę swoich flirtów z listopadem (a z nim jak wiadomo od zawsze mam na pieńku), po chwili wchodzi ot tak, cała na biało i mówi, że tamta rażąca szarugą piekielnica, to wcale nie była ona. Przyozdobiona w czerwień i złoto, mota swoje intrygi sznurami choinkowych lampek, owijając kolejne ofiary wokół lodowatych palców. Nagle okazuje się, że ona to przecież taka serdeczna przyjaciółka Mikołaja, że prezent tu prezent tam. Na dodatek wybitna kucharka, znawczyni wigilijnych dań. Bardzo rodzinna, ma mnóstwo czasu w te długie rozpoczynające się o 16 wieczory. Że trochę nudna? Gdzie tam! Królowa sylwestrowej nocy! I być może pokochalibyśmy ją wszyscy (a potem utopili się z tej miłości w przeręblu), gdyby nie styczeń. Równie przebiegły, początkowo lekko…

Szczęśliwa dwunastka, czyli nieco inne podsumowanie roku 2017

To nie był dla mnie łatwy rok. Pełny zmian i emocjonalnych wyzwań. Niemal przez całe dwanaście miesięcy trzymał mnie w stanie gotowości na cokolwiek. Czułam się jak żołnierz w okopach, któremu piach wieje w oczy i zasłania widok nawet na własne dłonie. A jak wystawić łeb, to chyba tylko do odstrzelenia. Rozmach regularnie zamieniał się w rozpierdol. I nawet te dobre decyzje okazywały się kosztowne i trudne do uniesienia. Spokoju było mało i pojawiał się w niespodziewanych miejscach. Wszystkie szczęśliwe chwile były zaskoczeniem. Ale przynajmniej zaczęłam lubić niespodzianki. *** Nowy Rok Do dziś nie wiem, czy to wina zepsutego pieca, czy rozmachu, który od pierwszych chwil nowego roku chciał zaznaczyć swoją obecność. Ale już pierwszy stycznia przyniósł zwrot akcji na miarę całkiem niezłej komedii romantycznej. Spod gęsiej skórki czułam, że tu już nie może być happy endu, ale wtedy – przez chwilę – było pięknie.  Ścieżka Zbliżała się godzina szesnasta i…

Moi Przyjaciele

Nie są najlepsi w mówieniu. Chodzą inaczej niż Ty czy ja lub wcale. Jedzenie (samodzielne) też nie zawsze jest ich mocną stroną. Właściwie na pierwszy rzut oka może się wydawać, że mocnych stron nie mają. Po pierwszej wizycie w ich domu, myślałam tylko, ile się miało w życiu szczęścia. Że dwie sprawne nogi, dwie ręce, język, a przede wszystkim głowa. Głowa jak u wszystkich. Jeśli ktoś powiedziałby mi choćby tylko dwa lata temu, że ich pokocham, nigdy bym nie uwierzyła. Na liście dobrych uczynków, które chciałam zrobić w życiu, dla Nich już na starcie zabrakło miejsca. Wydawało mi się, że to po prostu nie dla mnie. Potem, że się boję i sobie nie poradzę. W końcu przyznałam otwarcie w rozmowie z Kasią (której zawdzięczam zupełnie nowy porządek na mojej życiowej liście dobrych uczynków): – Wiesz, ale kupa śmierdzi. Mnie to obrzydza. – A Ty myślisz, że mnie nie obrzydza? – odpowiedziała.…

Między nami już dobrze

Odkąd pamiętam, nie umiałam wybaczyć kalendarzowi listopada. Tego rozboju, który corocznie zabiera biały dzień. Bezkarnie! Wśród ostatnich promyków jesiennego słońca wchodzi cały na szaro i razi ponurością. Mnie najbardziej po uszach: muzyką, do której można się co najwyżej pochlastać. W końcu jednak trafia i w serce. A wtedy najbardziej wybaczyć nie potrafię sobie. Przez ostatnie lata było mi trochę łatwiej. Przede wszystkim dlatego, że w listopadzie nie miałam czasu na spanie, jedzenie czy pranie. A czasem nawet na sikanie. Na nic właściwie nie miałam czasu, co w wielu sprawach utrudnia, ale akurat niezajmowanie się własnym życiem bardzo ułatwia. Poza tym kto by się przejmował jakimś tam listopadem, jak tu się zmieniał świat. A ja szczęśliwie mogłam być tego częścią. Tak więc pracowałam od rana do nocy, a mój prywatny listopad mijał niepostrzeżenie. Natomiast ten współdzielony z innymi był pełen wysiłku, ale też wzruszeń, które nawet dziś – przykurzone decyzjami z…

Ja też

Poczekalnia Poczekalnia w prywatnej przychodni. Dwaj panowie w rodzaju piękni młodzi zajebiści i z wielkich ośrodków. Czekają grzecznie, garniturki im się mną tylko troszkę, rozmawiają o sprawach wielkiej wagi średniego szczebla zarządzania w globalnym biznesie. Wtem: – A Ty wiesz, że ten Arek ze sprzedaży wyleciał dyscyplinarnie? – No co Ty mówisz! A co to się stało? – A, no wiesz, takie tam… Niby molestowanie, a po prostu czasem koleżankę z działu gdzieś tam szczypnął czy w tyłek klepnął. Jedna z drugą się wkurzyły, poszły na skargę i po gościu. – Co Ty gadasz, bez jaj… No mogły się wkurzyć, ale wiadomo, że on to sobie lubił tak pożartować, nic złego przecież… Niby molestowanie. Lubił sobie pożartować. Nic złego przecież. 2017 Stół Konferencja. Jeden bardzo poważny pan po prawej i jeden bardzo poważny pan po lewej. Tematy również poważne. Jest zawodowo, merytorycznie. Wtem pan po lewej – z poważnym tytułem…

Słodko i słono

Ty udajesz, że po raz pierwszy aż tak, ja udaję, że nigdy wcześniej. Tak długo jak udajemy dla siebie – jest dobrze. Zawieramy te wszystkie umowy na wyjątkowość i niepowtarzalność. Zwykle między, ale tego popołudnia umówiłam się ze sobą. Było dobrze. To był przedostatni dzień wakacji, a ja po raz pierwszy leżałam nad tym morzem, nad które przychodziłam codziennie. Pogoda się wyraźnie psuła, więc liczyłam na samotność. Chciałam być tam sama, żeby pomyśleć o byciu z kimś. Nie udało się. Przez czwórkę ludzi młodszych ode mnie przynajmniej o dekadę. Zajęli cały betonowy cypel. Miejsce centralne – widoczne z każdego miejsca plaży i z góry. Zagospodarowali go słuchawkami, telefonami, chipsami, kocem, 2l piwem w plastikowej butelce, a przede wszystkim dopiero co wyklutą młodością. Trzech chłopaków i dziewczyna. Po słońcu nie było już nawet śladu, ale wszyscy rozebrali się do strojów kąpielowych. Tylko ona wskoczyła do wody. Zwinnie i uważnie, tak, że…

Lato jest tylko jedno w życiu

Kocham granice. Sierpień jest granicą między latem a jesienią; to najpiękniejszy miesiąc, jaki znam. Zmierzch jest granicą między dniem i nocą, a brzeg jest granicą pomiędzy morzem a lądem. Granica jest tęsknotą: kiedy oboje są zakochani, ale wciąż nie wypowiedzieli ani słowa. Granicą jest bycie w drodze. – Tove Jansson Połowa lata to dojrzałość. Czyli miłość, ale przeklęta.  Jest coś rozpaczliwego w każdym kochaniu, o którym wiemy, że za chwilę będzie musiało się skończyć. Kiedy pod koniec lutego zdarza się dzień, który choć trochę zapachem przypomina wiosnę, potrafię krzyknąć: „Jak pięknie, niedługo będę truskawki!”. Potem z utęsknieniem czekam na pierwszy poranek, w który nie założę do sukienki rajstop. A kiedy w końcu przychodzą czerwcowe, niekończące się wieczory ja już się martwię, że za chwilę będzie po wszystkim. Bo lato mam tylko jedno w życiu. Sierpień to połowa, czyli nauka o dojrzałości. Najmniej poetyckim z życiowych stanów. Bo bez zawrotów w…

Kino letnie. Jakie filmy warto nadrobić latem? cz. 2

Jeśli chodzi o moje kinowe flirty, sympatie i zauroczenia, to tegoroczne letnie przeglądy filmowe bardzo im odpowiadają. Dlatego nie wszystko zmieściło się w części pierwszej – łapcie kolejną porcję filmów, które warto nadrobić latem! A na końcu jeszcze jedna lista i nieśmiałe zaproszenie 🙂 Zwariować za szczęścia (reż. Paolo Virzi) – miałam nadzieję, że ten film będzie bardziej komedią niż nie. No cóż, nie był. Nie brakuje w nim co prawda absurdów, które mogą rozbawić, ale opowiada raczej o życiu na granicy rozpaczy. Jest intensywnie i emocjonalnie. Troszkę mnie zmęczył, ale w czasem warto sobie przypomnieć, jak łatwo jest zwariować. Młodość (reż. Paolo Sorrentino) – filmami Sorrentino dzielę się niechętnie i zwykle oglądam je jednak sama. Wzbudzają we mnie wyjątkowy rodzaj wzruszenia, bardzo intymny. Są słodkie i tak bardzo gorzkie jednocześnie, że zdarza się przy nich przełykać łzy, czując ciepło w sercu. Przepiękne. Wielkie Piękno (reż. Paolo Sorrentino) – ten film przynajmniej raz w życiu…

Navigate