Historie przeważnie prawdziwe

Koniec lata

Znacie to uczucie, kiedy wszystko jest tak dobrze, że nie wypada prosić o więcej? Dziś miałabym ochotę odpowiedzieć, że ja też nie, ale było tak z tegorocznym latem. Policzyłam, że trwało dla mnie aż 6 miesięcy! W kalendarzu co prawda nadal standardowe 3, ale już w zeszłym roku przekonałam się, że kalendarz nie ma tu wielkiego znaczenia. Gdzieś zawsze jest lato i to stopy pokazują, czy akurat u nas. A konkretnie ich nagość, która z resztą ochoczo pnie się w górę. Tylko lato pozwala zapomnieć, że istnieją skarpetki, rajstopy oraz wiele innych części garderoby. Właściwie nie dużo człowiekowi zostaje do okrycia. Trzeba przyznać, że lato potrafi rozbierać. W tym roku pozbawiło mnie większości odzieży wierzchniej i warstwy ochronnej już z początkiem kwietnia. Czułam, że to trochę za wcześnie, że nie jestem gotowa, że bardzo trudno po miesiącach szczelnego opatulania się, nagle wszystko z siebie zrzucić. A z drugiej strony tak bardzo…

O kosmetykach, których nie powinno się łączyć z alkoholem

Jeden z moich bliskich znajomych mówi, że w życiu najbardziej boi się braku konsekwencji. Jako kobieta mocno po dwudziestce podzielam ten strach, zwłaszcza w kwestii pielęgnacji. Choć na kosmetykach znam się raczej mniej niż byłoby to przydatne (uznajmy, że wystarczającym dowodem tu będzie jedyny wpis kosmetyczny na tym blogu, który w 70% traktuje o błocie), a zabiegom urodowym poświęcam zdecydowane minimum, to jednak przez lata potyczek na tym kremowo-balsamowym polu wypracowałam sobie jedną strategię: konsekwentny minimalizm.   Polega to w skrócie na tym, że kosmetyków używam faktycznie niewielu, o składach niezbyt rozbudowanych, za to regularnie. Czyli jak maseczka raz w tygodniu to raz w tygodniu, a nie 50 razy w grudniu, żeby się statystyka zgadzała. I tak dalej.   Ale jak wiadomo nawet w obliczu grozy braku konsekwencji, duch bywa słaby. A zwłaszcza osłabia go wypite w letni wieczór prosecco. Pojawiają się dylematy, które łamią silną wolę szybciej niż ja…

Islandia bez tytułu

Z Islandią mam ten problem, że regularnie odbierała mi mowę. Od samego początku nie chciała dopuścić mnie do głosu, a metody miała mało przyjemne. Czy wręcz przemocowe. Bo jak inaczej nazwać deszcz i zimno na miarę listopada, które dają człowiekowi w twarz na wyjściu z samolotu, u progu lata?! W tym fizycznym starciu nie miałam wielkich szans, a każdą wytrzymaną rundę zawdzięczam jedynie softshellowym spodniom. Emocjonalnie również byłam skazana na porażkę. Za każdym razem, kiedy próbowałam wzbić się na uczuciowe wyżyny, zachwycić jak człowiek, zwyczajnie i po ludzku poprzeżywać to, co widziałam za szybą Dacii Duster (pieszczotliwie nazywanej Daczą), z moich ust wydobywały się jedynie sylaby dźwiękonaśladowcze. Bliżej było im do pisków niż do poezji. Pozbawiła mnie więc Islandia możliwości uniesień, nie dając jednocześnie chwili wytchnienia. Jakby tego było mało, swoją przewagę przypieczętowała w sposób monumentalny, wielką dziurą w ziemi, po środku niczego, w której niespodziewani pieni się i kotłuje…

Letnia utrata głowy

Lato jest moją wielką miłością. Wiem to na pewno. Nigdy nie boję się tak jak latem. A w tym roku to już w ogóle boję się podwójnie. Bo w kalendarzu to przecież nadal wiosna! Tymczasem aż za dobrze pamiętam pierwszy ekstatyczny uścisk trzydziestu stopni. Sprzed miesiąca. I tak od pierwszego ciepłego poranka, w którym wsunęłam bosą stopę w szmaciaki, a do sukienki założyłam tylko bieliznę, nie opuszcza mnie strach. Że nie zdążę nacieszyć się tą miejską nagością stóp i ramion. Że nie zdążę wyśpiewać wszystkich letnich piosenek, haratając rower wysokimi chodnikami. A do wyśpiewania w tym roku mam wyjątkowo dużo. Zwłaszcza z płyt, które odkryłam zbyt późno. A może właśnie w sam raz. To nigdy nie wiadomo. Codziennie rozliczam się przed sobą ze zjedzonych truskawek i lodów. Za każdym razem wydaje mi się, że za mało. A za chwilę nie będzie wcale. Albo nie będzie to już to samo. Trudno…

28 dziwnych rzeczy, czyli wpis urodzinowy

Wiem, że w kwestii pisania ostatnio troszkę się obijam. A przecież miałam złamaną nogę, a nie rękę (aplauz, niech ktoś zatrzyma tę karuzelę śmiechu)! Obiecuję poprawę, a tymczasem zostawiam Was z wpisem urodzinowym. W ubiegłym roku wzbudził tyle radości, że również w tym nie mogłam się powstrzymać 🙂 Bawcie się dobrze! Gdybym miała robić zawodowo coś zupełnie nowego i oderwanego od tego, czym się zajmuję, to chciałabym być florystką. A może wystarczyłoby mi nawet pospolitą kwiaciarką 😉 Jeśli śpię sama, to nigdy w całkowitej ciemności. Zawsze mam jakaś małą lampkę, dającą bardzo delikatne światło. W ogóle uwielbiam lampki! Takie choinkowe są u mnie całoroczne 🙂 Moją ulubioną porą dnia jest zmierzch. Zawsze przed wyjściem z domu ścielę łóżko. Choć zostało mi już uświadomione, że bez pościelenia też się da wyjść 😀 Do spania prawie zawsze spinam włosy, mimo że na co dzień chodzę w rozpuszczonych. Od pewnego czasu nie zapisuję…

Share Week 2018: kogo czytam i polecam czytać!

Co jakiś czas ktoś z grona bliskich znajomych daje mi kuksańca i mówi „Weź, pisz częściej”. Co jakiś czas sama sobie daję kuksańca, mówiąc „Ogarnij się i zacznij pisać”. Jednak znacznie częściej niż co jakiś czas, odwiedzają mnie myśli typu: „To nie ma sensu”, „Nie mam nic mądrego do napisania”, a w końcu „Na co to komu”. Na tym ostatnim etapie zwykle mam ochotę rzucić pisanie i bloga w cholerę, ba, pewnie kilka razy już bym to zrobiła (przy okazji obrażając się na siebie i na cały świat). Przed kliknięciem ostatecznego czerwonego krzyżyka powstrzymuje mnie tylko jedno: ludzie, którzy zaufali mojemu pisaniu. Ci, którzy komentują, dyskutują, a czasem nawet polecają innym (wciąż trudno mi w to uwierzyć) to, co napisałam. Czuję wtedy, że strasznie nie fair byłoby ich rozczarować, poddając się lenistwu czy chwili marazmu. Dlatego uważam, że Share Week wymyślony przez Andrzeja Tucholskiego jest fantastyczną akcją. Nie dość, że…

Czego nauczyły mnie dwa tygodnie z nogą w gipsie? Lament na NFZ

Dwa tygodnie temu podczas zjazdu czarną trasą na jednym z najbardziej wymagających europejskich lodowców przy prędkości ponad 100 km/h… No cóż, tak będę opowiadać dzieciom. A tak naprawdę dwa tygodnie temu na chillowym, wieczornym jeżdżeniu w Kasinie Wielkiej (dobrze, że chociaż „wielkiej” he he he) złamałam nogę. Jest to doświadczenie, które nieźle daje w kość (puchar za ten suchar). Bo nie tylko boli jak diabli, ale też bardzo ogranicza. Nie mówię już o odłożeniu na bok różnych wiosennych planów (nartki w Dolomitach, kurs tańca i EDK – tak, oczekuję żałości i współczucia), ale o dość nagłej utracie swobody i niezależności. A przede wszystkim godności, jeśli wziąć pod uwagę starcia z NFZ. Tak się składa, że te ostatnie chyba bolą najbardziej. Przyznam, że od dawna nie miałam do czynienia z NFZ. Niby wiedziałam, że system nie działa. Jesienią z przerażeniem czytałam książkę Pawła Reszki Mali bogowie, a po drodze gorąco popierałam…

Jak nie skończyć w przeręblu? Dobroci na zimę razy trzy

Mimo że sporty zimowe należą do moich ulubionych, to muszę się Wam przyznać, że za zimą jako taką wcale nie przepadam. Właściwie mam ją za podstępną bździągwę, która nie wstydząc się ani trochę swoich flirtów z listopadem (a z nim jak wiadomo od zawsze mam na pieńku), po chwili wchodzi ot tak, cała na biało i mówi, że tamta rażąca szarugą piekielnica, to wcale nie była ona. Przyozdobiona w czerwień i złoto, mota swoje intrygi sznurami choinkowych lampek, owijając kolejne ofiary wokół lodowatych palców. Nagle okazuje się, że ona to przecież taka serdeczna przyjaciółka Mikołaja, że prezent tu prezent tam. Na dodatek wybitna kucharka, znawczyni wigilijnych dań. Bardzo rodzinna, ma mnóstwo czasu w te długie rozpoczynające się o 16 wieczory. Że trochę nudna? Gdzie tam! Królowa sylwestrowej nocy! I być może pokochalibyśmy ją wszyscy (a potem utopili się z tej miłości w przeręblu), gdyby nie styczeń. Równie przebiegły, początkowo lekko…

Szczęśliwa dwunastka, czyli nieco inne podsumowanie roku 2017

To nie był dla mnie łatwy rok. Pełny zmian i emocjonalnych wyzwań. Niemal przez całe dwanaście miesięcy trzymał mnie w stanie gotowości na cokolwiek. Czułam się jak żołnierz w okopach, któremu piach wieje w oczy i zasłania widok nawet na własne dłonie. A jak wystawić łeb, to chyba tylko do odstrzelenia. Rozmach regularnie zamieniał się w rozpierdol. I nawet te dobre decyzje okazywały się kosztowne i trudne do uniesienia. Spokoju było mało i pojawiał się w niespodziewanych miejscach. Wszystkie szczęśliwe chwile były zaskoczeniem. Ale przynajmniej zaczęłam lubić niespodzianki. *** Nowy Rok Do dziś nie wiem, czy to wina zepsutego pieca, czy rozmachu, który od pierwszych chwil nowego roku chciał zaznaczyć swoją obecność. Ale już pierwszy stycznia przyniósł zwrot akcji na miarę całkiem niezłej komedii romantycznej. Spod gęsiej skórki czułam, że tu już nie może być happy endu, ale wtedy – przez chwilę – było pięknie.  Ścieżka Zbliżała się godzina szesnasta i…

Moi Przyjaciele

Nie są najlepsi w mówieniu. Chodzą inaczej niż Ty czy ja lub wcale. Jedzenie (samodzielne) też nie zawsze jest ich mocną stroną. Właściwie na pierwszy rzut oka może się wydawać, że mocnych stron nie mają. Po pierwszej wizycie w ich domu, myślałam tylko, ile się miało w życiu szczęścia. Że dwie sprawne nogi, dwie ręce, język, a przede wszystkim głowa. Głowa jak u wszystkich. Jeśli ktoś powiedziałby mi choćby tylko dwa lata temu, że ich pokocham, nigdy bym nie uwierzyła. Na liście dobrych uczynków, które chciałam zrobić w życiu, dla Nich już na starcie zabrakło miejsca. Wydawało mi się, że to po prostu nie dla mnie. Potem, że się boję i sobie nie poradzę. W końcu przyznałam otwarcie w rozmowie z Kasią (której zawdzięczam zupełnie nowy porządek na mojej życiowej liście dobrych uczynków): – Wiesz, ale kupa śmierdzi. Mnie to obrzydza. – A Ty myślisz, że mnie nie obrzydza? – odpowiedziała.…

Navigate