Czego nauczyły mnie dwa tygodnie z nogą w gipsie? Lament na NFZ

Dwa tygodnie temu podczas zjazdu czarną trasą na jednym z najbardziej wymagających europejskich lodowców przy prędkości ponad 100 km/h… No cóż, tak będę opowiadać dzieciom.
A tak naprawdę dwa tygodnie temu na chillowym, wieczornym jeżdżeniu w Kasinie Wielkiej (dobrze, że chociaż „wielkiej” he he he) złamałam nogę.

Jest to doświadczenie, które nieźle daje w kość (puchar za ten suchar). Bo nie tylko boli jak diabli, ale też bardzo ogranicza. Nie mówię już o odłożeniu na bok różnych wiosennych planów (nartki w Dolomitach, kurs tańca i EDK – tak, oczekuję żałości i współczucia), ale o dość nagłej utracie swobody i niezależności. A przede wszystkim godności, jeśli wziąć pod uwagę starcia z NFZ.
Tak się składa, że te ostatnie chyba bolą najbardziej.

Przyznam, że od dawna nie miałam do czynienia z NFZ. Niby wiedziałam, że system nie działa. Jesienią z przerażeniem czytałam książkę Pawła Reszki Mali bogowie, a po drodze gorąco popierałam protest rezydentów. Ale cały czas wydawało mi się, że nie może być aż tak źle. Owszem, jest wiele do poprawy, ale nie popadajmy w skrajności. Dwa ostatnie tygodnie nauczyły mnie, że NFZ to jest jedna wielka skrajność oraz że:

1. Nie ma bardziej przygnębiającego miejsca niż SOR

Przez złamanie nogi przeszłam klasyczną ścieżkę zdrowia NFZ, bo pierwszym miejscem, w które trafiłam był SOR. Tak się złożyło, że na początku byłam tam sama. Pierwszy błąd – na SOR zawsze idźcie z obstawą. Inaczej niczego nie załatwcie, nic się nie dowiecie i nikt nie zwróci na Was uwagi. SOR to takie miejsce, gdzie totalnie zestresowani są wszyscy: pacjenci, lekarze, personel medyczny. Jest tłoczno, głośno, szybko. Współczuję każdemu, kto musi się tam szukać pomocy i tak samo każdemu, kto musi tam pracować. Gdyby nie obecność mojej serdecznej koleżanki, która realia SORu zna bardzo dobrze i była mi tam niczym światełko w tym najciemniejszym tunelu NFZ, wyszłabym stamtąd zapłakana bardziej niż po śmierci Mufasy. Nie, nie z bólu. Z bezsilności.

2. Inspiracją dla systemu NFZ był Proces Franza Kafki

Na SORze nie dowiedziałam się dokładnie niczego, ale zostałam zaopatrzona w gips, środki przeciwbólowe i skierowanie do ortopedy w poradni rejonowej z napisem „pilne”. Dlatego jak tylko minął pierwszy ból i szok, zaczęłam dzwonić. I był to chyba jednej z najbardziej frustrujących dni w moim życiu.

Poradnia nr 1 (żeby się do niej dodzwonić wykonałam z 5 różnych telefonów i za każdym razem taka niemiła pani w słuchawce informowała mnie wypowiadając słowa z prędkością światła i głośnością człowieka z zapaleniem krtani, że to nie tu i numer wewnętrzny to xxx i jak tego kurwa można nie wiedzieć): Musi pani przyjechać i podejść do lekarza zapytać, czy panią przyjmie. Ja nie mogę pani zarejestrować.

Poradnia nr 2: Nie ma takiego numeru nie ma takiego numeru

Poradnia nr 3: Mamy terminy na lipiec.

Poradnia nr 4: (tutaj również po wykonaniu 3 innych telefonów i usłyszeniu 5 różnych kombinacji numerów wewnętrznych): Skierowanie pilne? To zapraszam za 3 tygodnie.

Poradnia nr 5: Musi się Pani umówić w swojej poradni rejonowej.

Poradnia nr 6 (do tej pokuśtykałam, bo jest akurat na moim osiedlu i w teorii została wskazana jako poradnia rejonowa): Nie ma czegoś takiego jak poradnia rejnowa, a my Pani nie przyjmiemy, bo powinna Panią przyjąć przychodnia przy szpitalu, w którym była Pani na SORze (czyli Poradnia nr 5).

Przyznam, że po tym dałam sobie spokój i choć bardzo tego nie chciałam robić, po prostu uruchomiłam sieć swoich medycznych znajomości. I tylko dzięki temu kilka dni później trafiłam do dobrego lekarza, poznałam plan leczenia i poczułam się w końcu uspokojona i zaopiekowana. A, i nie wydałam miliona monet na leczenie prywatne, co w pewnym momencie wydawało się koniecznością. Niby więc wszystko dobrze, ale nadal chce mi się płakać na myśl o wszystkich starszych czy samotnych osobach, które nie mają tyle możliwości, zaradności i pieniędzy, bo mierzyć się z NFZ. Nie mam wątpliwości, że system, który powinien leczyć, takie osoby po prostu rozgniata. Nie wiem, co można zrobić, żeby to zmienić. Ale jestem pewna, że naprawdę dłużej tak być nie może.

3. Zwykłe gesty uprzejmości mają duże znaczenie

Niby banalna sprawa, ale w tych wszystkich poradniach i poczekalniach niemal każdy jest zmęczony, przygnębiony i często zdenerwowany. Wszyscy wycieńczeni walką z tym samym bezdusznym systemem. Dlatego każde „dzień dobry”, „dziękuję”, „proszę”, każdy uśmiech i przytrzymanie drzwi naprawdę jest na wagę złota. Niby nic nie zmienia w tej beznadziejnej sytuacji, a jednak jakoś tak podnosi na duchu. Dlatego jeśli chodzi o poczekalnie (a nawet o całe życie) to polecam raczej przynależność do grupy „Ja pani pomogę”, a nie do „Ja pani nie widzę”.

Jak widać, nauki z pierwszych dwóch tygodni są raczej gorzkie. Ale bardzo szybko okazało się też, że życie ze złamaną nogą jest czarno-białe, zero szarości. Spotykają mnie rzeczy wyłącznie fatalne lub cudowne. Przede mną jeszcze 4 tygodnie unieruchomienia, więc teraz mam już nadzieję tylko na te drugie 🙂

 

 

Navigate