Czego nauczyły mnie górskie opowieści?

Kilka lat temu przygotowując się na zajęcia z angielskiego, zupełnie przez przypadek trafiłam na wywiad z Joe Simpsonem. Nie wiedziałam wtedy, kim jest ten człowiek i co przeżył, ale pamiętam, że rozmowa, którą przeczytałam mocno mną poruszyła. Joe Simpson opisywał w niej swoją wyprawę z 1985 roku na szczyt Siula Grande w Peru*. Zachwycona wywiadem, bardzo szybko sięgnęłam również po książkę jego autorstwa zatytułowaną Dotknięcie Pustki (ang. Touching the Void). Po tej publikacji zaczęłam na potęgę czytać górskie książki i oglądać filmy, a moja fascynacja tymi opowieściami (której tak do końca nie potrafiłam wytłumaczyć) narastała. A właściwie rośnie nadal. Dlatego kiedy tydzień temu, również zupełnie przez przypadek, dowiedziałam się, że w Krakowie odbywa się spotkanie z Joe Simpsonem i jest możliwość wysłuchania tej historii na żywo, nie wahałam się nawet przez chwilę.

Joe zaczął wystąpienie od slajdu ze zdjęciem z wyprawy do Peru i cytatem: „Success is about choice… not chance”. Od razu mi się spodobało i pomyślałam: zgadzam się! Ale dopiero to, co Joe powiedział później, sprawiło, że uświadomiłam sobie, co tak naprawdę kryje się za tymi słowami.
I dlaczego górskie historie mają tak ważne miejsce w mojej biblioteczce.

„Nie wrócił”, „Na zawsze pozostał w górach”, „Uznany za zaginionego” – te zdania są wpisane w niemal każdy życiorys wybitnych wspinaczy. Pamiętam, że kiedy czytałam niektóre z nich po raz pierwszy, to zaglądałam też na Wikipedię, żeby się mniej bać i wiedzieć, jak się skończyło. A tam rozwijała się właśnie taka lista, która dzieliła na „nie wrócili” (większość) i „wrócili” (czasem). Wtedy bardzo mocno zastanawiałam się, po co oni tam idą w te góry? Co ich tam pcha? Do dziś nie wiem, czy to rozumiem, choć przy każdej lekturze zadaję sobie te pytania. Wiem też, że raczej tego nigdy sama nie sprawdzę, bo choć czasem miałabym na to ochotę, to czuję się jakbym zamarzała już przy -15, więc nie sądzę, żeby takie wyprawy były w moim zasięgu.

Mimo, że znałam historię Joe, słuchając go na żywo, roztrząsałam to wszystko w mojej blond głowie po raz kolejny. I wtedy usłyszałam odpowiedź, bardzo prostą. Właściwie banalną, ale zdaje się, że było w niej wszystko: ryzyko jest wpisane we wspinaczkę, możesz zginąć, ale i tak idziesz. I musisz podejmować decyzje, to od nich zależy, co będzie dalej. Tak samo jak w życiu. Grawitacja jest cudownie demokratyczna* – to też całkiem jak w życiu.

Słysząc te kilka zdań, uświadomiłam sobie, że właśnie tego nauczyły mnie górskie książki – podejmowania decyzji i zdawania sobie sprawy z konsekwencji wyborów. Również z tego, że niektóre są nieodwołalne i nie do naprawienia. A z drugiej strony, że te właściwe mogą uratować życie. Jednocześnie właściwe wcale nie muszą równać się dużym. Joe przeżył dzięki temu, że skupiał się na kilku kolejnych metrach do pokonania. Całkiem jakby przeczytał Mrożka, który w Małych listach pisał, że „najtrudniej jest przeżyć następne pięć minut. Życie to jest następne pięć minut, (…) reszta to wyobraźnia”.

Poza tym historie górskich wypraw mają w sobie sytuacje graniczne, ekstremalne, więc siłą rzeczy wszystkim podejmowanym decyzjom towarzyszą trudne do opisania emocje. Często tak duże, że mimo pewnej wprawy, potrafią zupełnie przesłonić racjonalny osąd. Decyzję swojego partnera Simona Yatesa o odcięciu liny, Joe określił jako jedną z najlepszych, jakie ten mógł w swoim życiu podjąć. Podkreślił, jak trudna musiała być, bo przecież wcześniej Simon robił wszystko, by mu pomóc i go ocalić. A teraz nie dość, że musiał to wszystko zostawić, przyznać przed samym sobą, że ten ponadludzki wysiłek poszedł na marne, to dochodziły do tego jeszcze emocje związane z przekonaniem o śmierci partnera oraz obawą o własne życie.

Pomyślałam wtedy, że w życiu też czasem jesteśmy tak bardzo przytłoczeni emocjami, jest ich tak wiele i są tak intensywne, że nawet nie zauważamy, kiedy nas paraliżują. I zamiast odciąć tę linę i się ratować, skupiamy się na tym, ile w coś włożyliśmy wysiłku. Choć powinniśmy być już gdzie indziej.

**Po angielsku z ust Joe brzmiało to jakoś lepiej, więc przeczytajcie sobie na głos w tym właśnie języku: Gravity is wonderfully democratic.

*W czasie drogi powrotnej po zdobyciu Siula Grande, Joe złamał nogę. W kontynuacji zejścia pomagał mu jego partner Simon Yates, z którym zdobył ten szczyt. Jednak mimo zaangażowania i nadludzkiego wysiłku, wspinaczom zdarzył się drugi wypadek w czasie tego ekstremalnego zejścia. Joe opuszczany przez Simona na linie, wpadł w szczelinę. Yates nie potrafił skomunikować się z partnerem, nie widział go, sam był na skraju wyczerpania i zagrożony upadkiem. Wtedy zdecydował o odcięciu liny i kontynuowaniu zejścia samotnie (co potem zostało bardzo surowo ocenione). Jednak Joe przeżył upadek i postanowił, że przeżyje. Jak dokładnie to zrobił? O tym najlepiej przeczytajcie sami w książce lub zobaczcie w filmie o tym samym tytule (choć w polskim tłumaczeniu to Czekając na Joe).

  • Co ich tam pcha? Może przekonanie, że lepiej zginąć podążając za swoją pasją, robiąc coś, co kochasz, niż żyć całe życie w strachu?
    A co do emocji – zgadzam się. Od jakiegoś czasu próbuję praktykować medytację, skupianie się na „tu i teraz”, odcinanie przeszłości, ale też odcinanie strachu o przyszłość.
    Pozdrawiam Aniu.

    • Ania Piwowarczyk

      Rzecz w tym, że dla mnie pasja nie jest tutaj kompletnym wytłumaczeniem. Mimo, że sama uważam pasje za jeden z najważniejszych elementów życia, to jednak moja nie zagraża życiu. Joe sam w jednym z udzielanych wywiadów na pytanie o pasję odpowiada, że to na pewno się liczy, ale nie determinuje tego pragnienia, zwłaszcza kiedy się spojrzy z perspektywy śmierci. Bo przecież zwykle nie mamy pasji, które odbierają nam kilku znajomych rocznie.

      A w medytacji życzę powodzenia – też ostatnio próbuję 🙂 Jak będę mieć trochę więcej wniosków i doświadczenia, to planuję o tym napisać.

Navigate