Islandia bez tytułu

Z Islandią mam ten problem, że regularnie odbierała mi mowę. Od samego początku nie chciała dopuścić mnie do głosu, a metody miała mało przyjemne. Czy wręcz przemocowe. Bo jak inaczej nazwać deszcz i zimno na miarę listopada, które dają człowiekowi w twarz na wyjściu z samolotu, u progu lata?! W tym fizycznym starciu nie miałam wielkich szans, a każdą wytrzymaną rundę zawdzięczam jedynie softshellowym spodniom.

Emocjonalnie również byłam skazana na porażkę. Za każdym razem, kiedy próbowałam wzbić się na uczuciowe wyżyny, zachwycić jak człowiek, zwyczajnie i po ludzku poprzeżywać to, co widziałam za szybą Dacii Duster (pieszczotliwie nazywanej Daczą), z moich ust wydobywały się jedynie sylaby dźwiękonaśladowcze. Bliżej było im do pisków niż do poezji. Pozbawiła mnie więc Islandia możliwości uniesień, nie dając jednocześnie chwili wytchnienia.

Jakby tego było mało, swoją przewagę przypieczętowała w sposób monumentalny, wielką dziurą w ziemi, po środku niczego, w której niespodziewani pieni się i kotłuje Dettifoss. To tam nie tylko najdłam się gruzu, ale też zgięłam w pół i oślepiona słońcem, niemal oszalałam na widok tęczy łączącej ląd z masą spadającej wody. A dokładnie z 193 metrami kwadratowymi wody przelewajacymi się przez próg wodospadu w ciągu 1 sekundy.

Również tam po raz pierwszy pojawiła się pokusa – opisać Islandię liczbami. Bo skoro brakuje mi słów, niech przemówią ilości. One zawsze robią wrażenie, więc wszystko by się zgadzało.

10 000 wodospadów
3 miliony turystów rocznie
20% wyspy zagospodarowane przez człowieka
40% energii na wyspie pozyskiwane ze źródeł geotermalnych
0 restauracji McDonald
8 zł za litr benzyny
23 godziny światła dziennego na dobę latem i o 20 mniej zimą
15 aktywnych wulkanów
5 lodowców
500 000 owiec

Do tego warto dołożyć własne: 2 230 przejechanych kilometrów w zaledwie 6 dni. Ilość ochów i achów po drodze – niezliczona.
Dlatego już wiem, że jednak nic mi tu po liczebnikach. Bo choć dają pewne wyobrażenia, to opowieść pozostawiłyby raczej w niedomiarze.

Wracam więc do słów. Możliwe, że niepotrzebnie, bo sam przedrostek „naj” w wielu przypadkach okazuje się wystarczający. Ewentualnie uzupełniony przymiotnikami.
Najmłodsza na świecie, porywająca, majestatyczna, piękna, dzika, nieokiełzana, krystaliczna – wszystkie pasują. Żaden nie trafia.

Może dlatego, że Islandia jest w ciągłym ruchu i bardzo trudno dotrzymać jej kroku.
Wybucha, syczy, bulgocze. Tu coś przesuwa, tam przepływa. Wieje, pada, gna. Czasem śmierdzi i dławi, by po chwili ogrzać i otulić.
A w końcu zadziwia, onieśmiela, zmienia.
Wzrusza.

Próbuję za nią nadążyć czasownikami, ale ponownie – nic z tego.

W końcu orientuję się, że nawet jeśli Islandia po raz kolejny wymknie się słowom, to jest jeden sposób, by złapać jej tempo. Trzeba tylko (aż!) dziać się nieustannie – po prostu żyć.
A to akurat trudno opisać.

 

 

Navigate