Na co do kina w Krakowie? Letnie Tanie Kinobranie

Ograniczenia związane z koronawirusem odbiły się na kinach wyjątkowo mocno: wiele premier zostało odwołanych lub przesuniętych, a sale pozostawały bardzo długo zamknięte. Sama przez ostatnie 10 lat na pewno nie miałam tak długiej przerwy od kina, a jak wiadomo – chodzę tam tylko z miłości.
Przyznam, że chyba jedynie za swobodą podróżowania tęsknię bardziej.

Ale najważniejsze, że do kina znowu można! I podoba mi się najbardziej. Bo raz, że siedzi się po szachownicy, więc w końcu nikt mi nie zasłania. A dwa, że dzięki maseczkom również nikt nie je.

W krakowskim Kinie pod Baranami Letnie Tanie Kinobranie ruszyło jak co roku, więc podrzucam kilka propozycji, co możecie zobaczyć w sierpniu:

Kafarnaum (2018), reż. Nadine Labaki – pierwsza myśl jaka nasuwa mi się przy takich seansach, to: po co właściwie takie filmy kręcić? Surowe i reporterskie, z naturszczykami w rolach głównych, patologiczną biedą w scenografii i jednak sfabularyzowaną historią. Żeby nas poruszyć? Żeby wywołać poczucie winy, którego i tak nie jesteśmy w stanie zagospodarować? Na pewno nie jest to film, po którym ktokolwiek poczuje się lepiej. Ale sama lubię bliskowschodnie kino właśnie za to, że więcej w nim troski o bohaterów niż o dobre samopoczucie widza. No i jeszcze światło, które ma chyba tylko ta część świata, i które wymieszane z ulicznym kurzem, spalinami i wszystkim, czego wolelibyśmy nie czuć, daje bliskowschodnim obrazom niepodrabialny filtr. I nie ma w tym nic z upiększania, może dlatego tak nam z tym filtrem dziwnie.
NAJLEPSZE SCENY: kiedy Zain tłumaczy Sahar, że ma okres; przejazd z małym dzieckiem w garnku.

Green Book (2018), reż. Peter Farrelly – to już chyba wszyscy widzieli, nie? Ale jeśli kogoś ominęło, to warto nadrobić to nieco schematyczne, ale pełne ciepła, dobrego humoru kino drogi. Odrobiny życiowej mądrości też można przy tej przejażdżce nabyć. Poza tym kocham Viggo Mortensena od 15 roku życia i to się nigdy nie zmieni. A jest w tym filmie re-we-la-cyj-ny!

ULUBIONE SCENY: z jedzeniem kurczaka w samochodzie, wszystkie nocą w samochodzie.

 

Dunkierka/Dunkirk (2017), reż. Christopher Nolan – ponieważ ten film jest wizualnym arcydziełem, to bardzo warto go zobaczyć na wielkim ekranie. Zwłaszcza, że te 3 lata nic właściwie nie zmieniły jeśli chodzi o samą historię ani wykorzystane techniki, więc film się nie zestarzał.  Z jednej strony to jest bardzo kameralne kino, bo właściwie akcja zawęża się do szerokości plaży, pokładu niewielkiej łódki i klaustrofobicznych kabin myśliwców. Bez wielkich gestów, bohaterskich śmierci i patriotycznych wyznań. Jest kilka postaci, które nas przez tę historię prowadzą (Tom Hardy, jak on nas prowadzi ) , ale żadna z nich nie jest opowiedziana do końca. A z drugiej to w zupełności wystarczyło Nolanowi, żeby nakręcić film o wielkiej wygranej przegranej, o porażce w cudzie, o wojnie w antywojenny sposób. W końcu o pojedynczych dramatach ludzi, którzy chcą już tylko przeżyć i wrócić do domu. A to wszystko w tempie, które przez 100 minut niemal nie pozwalało złapać mi oddechu.

Free Solo (2018), reż. Jimmy Chin, Elizabeth Chai Vasarhelyi – czyli film dokumentalny, który trzyma w napięciu lepiej niż niejeden thriller, o wspinaczce na El Capitan – niemal pionową wysoką na ponad
1000 m skałę. Bez asekuracji. Tytuł tego filmu to po prostu nazwa stylu wspinaczki – samotnie i bez asekuracji. Prostota tych dwóch krótkich słów, które nie pozostawiają żadnych niedomówień, genialnie oddaje to, co pewnie większości z nas tak bardzo trudno w tym sporcie zrozumieć. Te dwa tytułowe słowa wystarczyłyby również jako charakterystyka głównego bohatera – wspinacza Alexa Honnolda, który przygotowuje się do pierwszego w historii przejścia bez asekuracji drogi Freerider.
Dlatego jeśli szukacie odpowiedzi na pytanie: do jasnej cholery, dlaczego ludzie robią takie rzeczy?, to w tym filmie raczej jej nie znajdziecie. A na pewno nie jedną słuszną. Za to zobaczycie z bliska, jak się żyje takim życiem  I muszę powiedzieć, że to mi się bardzo w tym filmie podobało.
No i mimo że wiemy, że w 2017 roku Alex Honnold przeszedł free solo drogę Freerider na El Cap, to jednak przy kolejnych chwytach pocą nam się ręce. O zdjęciach i widokach już się nie będę rozpisywać, bo to oczywiste – są oszałamiające.
ULUBIONE SCENY: rozmowa z Sanni o przedłużaniu życia, każde ujęcie z góry podczas wspinaczki.

Niedobrani / Long Shot (2019), reż. Jonathan Levine – jest to niemęcząca i nieco absurdalna komedia romantyczna, ale przy tym zabawa całkiem przednia. Bardzo fajne, odprężające i bawiące nawet do łez kino rozrywkowe. Żarty bywają dość kosmate, ale są tak osadzone sytuacyjnie i kontekstowo, że trzymają poziom. Dobrze bawić się będą również wszyscy, którzy uwielbiają w trakcie oglądać wyłapywać nawiązania popkulturowe – jest ich tu całe mnóstwo.
ULUBIONE SCENY: absolutnie z Charlotte opierającą się o wannę , ucieczka na Filipinach, scena z tatuażem.

Boże Ciało (2019), reż. Jan Komasa – to też już pewnie widzieli, hm? Ale jeśli nie – biegiem do kina! Najlepszy film (poza „Parasite”) jaki widziałam w zeszłym roku.  Historia jest opowiadana z bliska i kameralnie. Na dodatek w mój ulubiony sposób, bo reżyser portretuje jednostkę (czyli głównego bohatera – Daniela) na tle, ale też w ścisłej interakcji z niewielką społecznością. Daniel ma w sobie swoje przeżycia, pogubienie i ból, ale też społeczność, do której trafia (w umówmy się – bardzo specyficznej roli, bo przecież zaczyna udawać księdza) ma za sobą nieprzepracowane traumatyczne przeżycie, niezagojone rany i emocje, które zostały wyparte.  Bardzo doceniam też sposób postawienia akcentów w tym filmie. To nie musi być opowieść polityczna, ani zaangażowana ideologicznie. Nie mamy w niej oceny Kościoła czy księży. Za to dostajemy szansę na przeprowadzenie bardzo specyficznego rachunku sumienia, refleksję nad tym, kim jest Bóg, jaka jest relacja Boga i człowieka, czym jest wiara. A przede wszystkim gdzie w tym wszystkim przykazanie miłości bliźniego i siebie.
Ogólnie to jest kino bardzo refleksyjne, ale wcale nie nudne – wręcz przeciwnie. Porusza, bo potrafi rozbawić i zakłuć.
ULUBIONE SCENY: obie (skonstrastowane ze sobą) w konfesjonalne, „Lipka” na festynie, taniec Daniela/ks. Tomasza w czasie naprawiania motorynki

Jojo Rabbit (2019), reż. Taika Waititi – ten film zyskuje przy bliższym poznaniu. Kiedy wyszłam z kina to mimo, że ogólne wrażenie miałam dobre, uczucia pozostawały jednak mieszane. Ale później kiedy zaczęłam myśleć o tym, co zobaczyłam, przypominać sobie różne sceny, upewniłam się, że to trzeba zobaczyć przynajmniej jeszcze raz. To jest bardzo dobry film, w którym jednak nie ma nawet jednego złego nazisty. Na początku świat w tym filmie wygląda jak ukradziony Wesowi Andersonowi, a sposób portretowania nazistów kojarzy się z „Bękartami wojny” Tarantino. Do tego Taika Waititi dodaje zawężoną perspektywę 10-latka (bo tak naprawdę patrzymy na całą tę rzeczywistość oczami małego chłopca) i swoje naprawdę niezależne poczucie humoru. Razem mamy niezły koktajl, który jednak reżyser całkiem sprawnie miesza. W efekcie wychodzi mu film bardzo antywojenny, który w mądry i ciekawy sposób opowiada o sile ideologii, nazizmie czy ksenofobii. Z resztą morały w tym filmie sięgają znacznie szerzej, bo również przyjaźni, miłości czy wolności.
Wolne wnioski: Scarlett powinna dostać za tę rolę Oscara, a dialog o kobiecości ze zdaniem „And trust without fear. That’s what it is to be a woman.” chowam głęboko w serduszku.
ULUBIONE SCENY: Rosie udająca ojca, jazda na rowerach, dialog Elsy i Rosie o byciu kobietą.

Ból i blask / Dolor y gloria (2019), reż. Pedro Almodóvar – idealny film na melancholijny sierpień, kiedy lato jest w dojrzałości, więc chwilę przed straceniem. Dla mnie to Almodovar w swoim najlepszym wydaniu. Kino pełne czułości, intymności, nasycone kolorami i zapachami. Sceny się nie tylko ogląda, ale przede wszystkim czuje – zapach letniej bryzy i moczu na świeżym białym tynku 

ULUBIONE SCENY: samiuteńki początek z praniem i śpiewaniem nad rzeką, kiedy całą rodziną wchodzą do nowego domu, końcowa scena

 

Beautiful Boy / Mój piękny syn (2018), reż. Felix Van Groeningen – niełatwo wzruszyć mnie w kinie, a tu tak od połowy filmu dławiło mnie w gardle, a na kilku scenach łzy popłynęły ciurkiem. Bo mimo że film

ma kilka niedociągnięć i mógłby być w całości pewnie trochę lepiej zrobiony, to jest naprawdę przejmujący. Najbardziej poruszyło mnie chyba to, że to nie jest historia jak „My, dzieci z dworca Zoo”, gdzie tylko patologia i niziny społeczne. Wręcz przeciwnie – widzimy rodzinę trochę ładniejszą, szczęśliwszą i mądrzejszą od przeciętnej. Bohaterowie mają swoje problemy, ale starają się je rozwiązywać normalnie, po ludzku. A relacja ojca i syna jest wręcz modelowa. Natomiast tym bardziej bolesne jest to, że w pewnym sensie nie ma to znaczenia. Że nawet największa i najmądrzejsza miłość, choć jest gotowa na wszystko (bo ojciec próbuje wszystkiego, by uratować syna), nie uratuje kogoś, kto nie chce być uratowany. Z tej historii ojca i syna można dowiedzieć się też całkiem dużo o nadziei, ale też poczuciu straty – że czasem rzeczywistość trzeba umieć ułożyć z odłamków, że nie zawsze jest ratunek. No przyznam, że dużo pytań się w mojej głowie pojawiło, a przecież nie mam dzieci.Trudno jest przyjąć tę historię, bo jest smutna, przygnębiająca i zostawia człowieka z zachwianą nadzieją, ale wg mnie warto.
ULUBIONE SCENY: z samochodem Karen, przy zraszaczu, kiedy Nic rozmawia z bratem leżąc na plaży.

Manchester by the Sea (2016), reż. Kenneth Lonergan – widziałam ten film już z 5 razy i pewnie obejrzę jeszcze z 50. Jeden z najważniejszych, jakie w życiu widziałam. Choć przy oglądaniu, czułam, jak pęka mi serce, to takie kino kocham najbardziej. Dotykające człowieka w najczulszych miejscach.

 

 

 

 

***
A z filmów, których nie widziałam, ale czuję, że byłabym zainteresowana to: Maiden, Moonlight (wiem, wiem, ale jakoś wciąż się nie udało), Kłamstewko, Złodziejaszki, Le Mans’66.

A Wy co tam oglądacie wakacyjną porą? Dajcie znać!

Navigate