Kino letnie. Jakie filmy warto nadrobić latem? cz. 1

I znowu był czerwiec – łagodne, długie, wolno gasnące wieczory,
wieczory które tak wiele obiecują, że cokolwiek się z nimi zrobi,
ma się zawsze wrażenie porażki, zmarnowanego czasu.
Nie wiadomo, jak najlepiej je przeżyć. (…)
Można ich – tych niekończących się wieczorów – tylko żałować,
kiedy już przeminą, kiedy dzień będzie coraz krótszy. Są nieuchwytne.
Adam Zagajewski

Nieśmiało i z uczuciem, że najprawdopodobniej nie wypada, ale odrobinę poprawię pana Adama.
I znowu było lato. Łagodne, długie, wolno gasnące wieczory, wieczory które… warto spędzić w kinie!

Co prawda latem wolę życie na zewnątrz, wolne od ścian i sufitów. Ale dla kina (do którego – jak wiecie – chodzę tylko z miłości) robię wyjątek. Bardzo lubię wszystkie letnie przeglądy, bo pozwalają nadrobić filmy, na które wcześniej zabrakło czasu lub niechcący mi umknęły. Albo wybrać się na coś drugi i kolejny raz. Czasem pod chmurką i na kocu (Nobla dla tego, kto wymyślił kino plenerowe!), a czasem w kinowych salach, które latem są jakby przestronniejsze, bardziej kameralne i tylko dla nas.

Poniżej subiektywna lista filmów, które widziałam w ostatnich miesiącach i które według mnie warto nadrobić latem. Dzielę się raczej odczuciami niż treścią, więc nie trzeba bać się spoilerów 🙂

(Na końcu spis miejsc, które organizują letnie przeglądy w Krakowie, więc ci, którzy chcą tylko wiedzieć gdzie, a co już niekoniecznie, mogą od razu przewinąć na sam dół. Ja się nie obrażę!)

Paterson (reż. Jim Jarmusch) – to był mój pierwszy seans w tym roku i muszę przyznać, że chyba lepiej nie mogłam rozpocząć kinowych przygód 2017.
Każdy dzień w tym  życiu filmie wygląda tak samo, a jednak w każdym pada inne światło, pisze się nowy wiersz. Dużo w tym wszystkim spokoju, rutyny (ale w roli dobrej wróżki) i zgody na rzeczywistość bez big dream. Znalazłam w Patersonie wiele ciepła, prostoty i szczęśliwego życia w drobnych chwilach.
ULUBIONE SCENY: każdy poranek i większość scen z psem (zwłaszcza jedna z ostatnich z gryzieniem).

Jackie (reż. Pablo Larrain) – być może jestem psychofanką, ale powiem tak: filmy mogliby kręcić tylko po to, żeby grała w nich Natalie Portman. Poza tym to kawałek nieco innego kina, skupionego na trudnym temacie i trudnych emocjach. Tak naprawdę widz ogląda niewiele, ale ma szansę dużo przeżyć, choć to też dopada raczej po czasie. Warto przeczytać artykuł, na którym poniekąd opiera się fabuła filmu.
ULUBIONA SCENA: przemarsz konduktu żałobnego.

Captain Fantastic (reż. Matt Ross) – bardzo mi zależało na zobaczeniu tego filmu i mimo, że mam kilka uwag, nadal polecam! Tym bardziej, że zniknął z ekranów dość szybko po premierze. To opowieść o prawdziwie ekscentrycznej rodzinie, w której ojciec (w tej roli świetny, naprawdę świetny Viggo Mortensen) wychowuje 6 swoich dzieci z dala od jakiejkolwiek cywilizacji. Wiele lat wcześniej wraz z żoną postanowili zamieszkać w środku lasu, odrzucić zdobycze zachodniego świata (takie jak np. konsumpcjonizm, popkulturę, media) i żyć zgodnie z prawami natury. Dzieciaki dostają więc trochę hippie, a trochę survival. A my przepiękne zdjęcia! Wszystko komplikuje się, kiedy w dość smutnych okolicznościach cała siódemka musi opuścić tę specyficzną enklawę i zderzyć się z „prawdziwym światem”. Oglądając film, trochę trzeba się intelektualnie nagimnastykować, bo w głowie otwiera się sporo pytań: co jest normalne i kto o tym decyduje; co powinno się i można zrobić dla miłości; gdzie w życiu jest miejsce na kompromis, a gdzie absolutnie nie; czy faktycznie można w ogóle nie kłamać?
Jednak dzięki humorowi, radości życia i majestatycznie pięknej przyrodzie, które cały czas mamy w tle, film nie jest ani trochę przytłaczający. Gdyby jeszcze nie był aż tak dosłowny, mógłby być arcydziełem gatunku. Bo muzyka też naprawdę dobra!
ULUBIONE SCENY:  
„wizyta” w domku na drzewie jednego z najmłodszych dzieci, kontrola policyjna w autobusie, scena na cmentarzu.

Bridget Jones 3 (reż. Sharon Maguire) – ja wiem, że to wszystko jest nieprawdopodobne, pozbawione ambicji i totalnie oderwane od rzeczywistości. Ale mamuniu, ile ja się uśmiałam, to wie tylko ten, kto siedział obok. Jest nadal lekko, przezabawnie i przyjemnie. Idealny film na luźny wieczór w stylu #życielaski z butelką wina. Albo dwiema.
ULUBIONE SCENY: żart o Gangam, droga do szpitala (choć również jest to chyba najbardziej absurdalna scena w całym filmie) i wszystkie wizyty u ginekologa (fenomenalna Emma Thompson!).

Ostatnia rodzina (reż. Jan P. Matuszyński) – już sam zwiastun to był sztos. Na szczęście oczekiwania, które rozbudził nie zostały zawiedzione. Za sprawą ujęć i prowadzenia kamery momentami czułam się nieswojo, jakby coś mnie uwierało. Być może to był ten charakterystyczny niepokój, które towarzyszy mi za każdym razem, kiedy oglądam prace Beksińskiego. Nie jest bardzo mrocznie ani dziwacznie, tylko pozornie inaczej niż u sąsiadów z klatki. Muzyka – cudo.
ULUBIONE SCENY: te z babkami, jedną bądź drugą.

Milczenie (reż. Martin Scorsese) – zapierające dech w piersiach ujęcia, bardzo ciekawy temat i świetne aktorstwo. To nie jest film, który ogląda się dla przyjemności, ale momentami można z niego czerpać jak z prawdziwej duchowej uczty. Szkoda, że całość zabiła końcówka, w której zabrakło właśnie tytułowego milczenia. Ale mimo to wybrałabym się drugi raz i chętnie z kimś. Bo jeśli pomilczymy w swoich sumieniach tam, gdzie Martinowi nie do końca się to udało, to można potem naprawdę długo dyskutować.
ULUBIONE SCENY: nie potrafię wybrać. Jedna z pierwszych scen męczeństwa na pewno na bardzo długo zapada w pamięci.

Sztuka kochania. Historia Michaliny Wisłockiej (reż. Maria Sadowska) – dla mnie 6/10. Z jednej strony to był przyjemny wieczór w kinie i jest to całkiem niezły film. Świetna muzyka i naprawdę dobry aktorsko (Magdalena Boczarska <3). Z drugiej jednak szkoda, że prawdziwa historia Wisłockiej została tak mocno fabularnie przypudrowana. Warto zobaczyć, choć najtrafniej ujął to chyba Zwierz pisząc, że momentami film jest jak seks na kajaku – można, ale po co.
U
LUBIONE SCENY: wiele ładnych, kolorowych, dobrze zagranych scen.

Manchester by the sea (reż. Kenneth Lonergan) – mimo, że w trakcie seansu pękało mi serce, to nadal uważam, że jeśli mielibyście zobaczyć tylko jeden film w tym roku, niech to będzie ten.
ULUBIONE SCENY: z patykiem, z ramkami, randka.

Sól ziemi (reż. J. Salgado, W. Wenders) – muszę przyznać, że w ogóle bardzo lubię wszelkie romanse kina z fotografią, bo przecież to nierozerwalnie połączone ze sobą sztuki. Tutaj dostajemy je w wyjątkowym obrazie, który onieśmieli, być może przygnębi, a na pewno poruszy. Wyobraźcie sobie bardzo dobrego i oddanego fotografa, który przez 40 lat podróżuje po całym globie i robi zdjęcia ludziom, którzy stykają się z wszelkimi okrucieństwami tego świata. Co można ocalić? Warto odpowiedzieć sobie na to pytanie, patrząc przez obiektyw Sebastiao Salgado.
ULUBIONE SCENY: każda.

Kochankowie z Księżyca (reż. Wes Anderson) – wieczór z filmem Andersona to zawsze dobry pomysł. W Kochankach Wes posługując się swoją charakterystyczną estetyką świata na pograniczu marzeń i rzeczywistości, w prawdziwie ujmujący sposób opowiada miłosną historię. Niby proste, a jednak czarujący to jest film i wcale nie taki słodki, jak mogłoby się wydawać.
ULUBIONA SCENA: taniec na plaży.

CDN. 

KRAKÓW! Wszystkie wymienione w tym wpisie filmy możecie zobaczyć tutaj:
Centrum Kinowe Ars – Sztuka za siódemkę Lato 2017https://goo.gl/j7aoHe
Kino pod Baranami – Letnie Tanie Kinobraniegoo.gl/HFUjwi
Kino Agrafka – Kino Na Tarasiehttps://goo.gl/Yauk22
BALowe Kino Plenerowe: www.facebook.com/balowekinoplenerowe

Navigate