Koniec lata

Znacie to uczucie, kiedy wszystko jest tak dobrze, że nie wypada prosić o więcej? Dziś miałabym ochotę odpowiedzieć, że ja też nie, ale było tak z tegorocznym latem.

Policzyłam, że trwało dla mnie aż 6 miesięcy! W kalendarzu co prawda nadal standardowe 3, ale już w zeszłym roku przekonałam się, że kalendarz nie ma tu wielkiego znaczenia. Gdzieś zawsze jest lato i to stopy pokazują, czy akurat u nas. A konkretnie ich nagość, która z resztą ochoczo pnie się w górę. Tylko lato pozwala zapomnieć, że istnieją skarpetki, rajstopy oraz wiele innych części garderoby. Właściwie nie dużo człowiekowi zostaje do okrycia. Trzeba przyznać, że lato potrafi rozbierać.

W tym roku pozbawiło mnie większości odzieży wierzchniej i warstwy ochronnej już z początkiem kwietnia. Czułam, że to trochę za wcześnie, że nie jestem gotowa, że bardzo trudno po miesiącach szczelnego opatulania się, nagle wszystko z siebie zrzucić. A z drugiej strony tak bardzo tego chciałam! Trochę ze strachu, że nie zdążę nacieszyć się tą letnią miłością, a trochę dlatego, że tak bardzo mi już tego ciepła brakowało. Skończyło się to solidym katarem i nauczką, że taki nagły upał to nie służy ani sercu, ani rozumowi.

Jednak Lato 2018 chyba dość szybko zorientowało się, że może zostać zapamiętane jako to od niezdrowych anomalii i postanowiło działać. Na początek ubrało mnie w softshell i wysłało na Islandię. Tak się składa, że z przeciągiem w namiocie dużo łatwiej walczyć niż z tym emocjonalnym, a jednocześnie ten pierwszy skutecznie pozwala zapomnieć o tym drugim.
Może Islandia – jak pisze Marysia – faktycznie jest czarownicą, a może to lato jest spryciarzem. W każdym razie wróciłam gotowa nosić sukienki i cieszyć się latem bez konsekwencji*. Co z resztą od razu uskuteczniłam. A lato po prostu mnie porwało.

Nie zatrzymywaliśmy się nawet na chwilę, nie zrobiliśmy żadnej przerwy. Nawet pakowaliśmy się w biegu. Bo czekali na nas ludzie, festiwal, tyle nowego. A zaraz potem przebieraliśmy się w górskie buty, łapaliśmy plecak i witaliśmy się o zachodzie słońca z jeziorem. By tuż po powrocie wskoczyć w elegancką sukienkę, wsunąć sandałki na szpilce i przestańczyć całą noc. Najpierw w stodole, a potem na lubelszczyźnie. Tam zostaliśmy chwilę dłużej, bo bimber i sady się nie kończyły. Wróciliśmy roztańczonym krokiem prosto pod bałkańską scenę, by w ostatni weekend wakacji krzyknąć: ogień nie muzyka!

Dopiero wrzesień trochę mnie opamiętał. Pozwalał na sukienki, nadal otulał ciepłymi wieczorami, ale od czasu do czasu szeptał do ucha, że powoli trzeba się żegnać. Wtedy ja, choć czułam niesamowitą wdzięczność, odpowiadałam przekornie, że czemu tak szybko i jak to już. Przecież jest nam razem tak dobrze! Nie wypadało prosić o więcej.
Lato pogłaskało mnie jeszcze po głowie, a później rzuciło dość oschłym „nara”, którego w życiu bym się po nim nie spodziewała.

Uciekłam przed tym niechcianym chłodem i niezrozumiałym zimnem aż na Teneryfę. Nacieszyłam się jeszcze trochę słońcem, pobiegałam boso wzdłuż oceanu i postanowiłam dzielnie stawić czoła rzeczywistości bez lata. Wracałam, jak mi się wydawało, przygotowana i odporna nawet na sto lat zimy.

Wtedy nie wiedziałam jeszcze, że są pożegnania, które zostawiają w człowieku kawałeczek lodu. Na chwilę nas zamrażają. Być może po to, żebyśmy nie czuli więcej niż możemy. Potem musimy stopniwo odtajać. Bez lata pewnie byłoby to niemożliwe.

*Lato oczywiście ma konsekwencje. Jest nimi listopad.

 

  • Nikt mi się tak nie kojarzy z latem jak Ty! I nie chodzi tu o jakieś tam typy urody, znaki zodiaku itd. Po prostu jesteś dla mnie takim letnim duchem, który na czas wakacji ożywa i działa z taką wielką mocą, że porywa i zaraża wszystkich wokół.

Navigate