Liceum? Przeżyjmy to jeszcze raz

Nie wiem, czy w życiu jest „najlepszy czas”. Jedni mówią, że to dzieciństwo, bo nic wtedy nie musimy, ktoś się nami opiekuje i nam dogadza, a do głównych obowiązków należą zabawa
i poznawanie świata. Inni, że to studia, bo wiadomo: hulaj duszo rodzice stawiają, piekła nie ma jest melanż. W praktyce jeszcze niewiele trzeba, za to wszystko można. Kolejni wskazują na wiek średni, bo zwykle wtedy człowiek ma już głowę na karku, własne pieniądze w banku i kogoś obok,
z kim fajnie jest dzielić życie, a nawet wychowywać nowe. Wszyscy natomiast są zwykle zgodni co do jednego – na pewno najlepszym czasem w życiu nie jest wiek nastoletni. Hormony, dramaty, rówieśnicy, a na końcu matura. Kto by chciał do tego wracać? Ano ja bym chciała.

Kiedyś przy butelce lampce wina z przyjaciółką poznaną właśnie w czasach licealnych, wspominałyśmy ten malowniczy okres życia i zastanawiałyśmy się, co zrobiłybyśmy inaczej, czy czegoś żałujemy. Okazało się, że żadna z nas nie naliczyła wielu takich rzeczy, ale zgodnie stwierdziłyśmy, że fantastycznie byłoby móc na miesiąc wrócić do szkoły średniej, zachowując jednocześnie „dzisiejszy” rozum. (Tutaj optymistycznie zakładam, że jednak z wiekiem nabiera się trochę dodatkowego mózgu, choć podobno nie wszystkim jest to dane.) Nie chodziło nawet o to, żeby naprawiać jakieś błędy, ale by jeszcze więcej wycisnąć z tego fantastycznego, tak bardzo niedocenianego czasu w życiu.

Dziś mijając kolejną grupę maturzystów nerwowo przebierających nogami i kartkami, przypomniałam sobie tamten wieczór pełen wina, wspomnień i wina. W mojej głowie automatycznie pojawiła się lista mózgu starszego i miejmy nadzieję mądrzejszego o blisko 10 lat, który znowu trafiłby do liceum. A wtedy:

  • Zwracałabym dużo mniejszą uwagę na swój wygląd – nie wiem, czy to kwestia tych szalonych hormonów, czy po prostu miałam za dużo wolnego, ale nigdy później nie spędzałam tyle czasu na ogarnianiu urody. Jak przypomnę sobie, że wstawałam pół godziny wcześniej, żeby wyprostować włosy, które i tak nigdy w życiu nie będą proste, to żal mi samej siebie. A najbardziej tych bezpowrotnie utraconych godzin snu. Teraz czasem wolę spać 5 min dłużej niż pomalować rzęsy, a patrząc na zdjęcia – tylko na tym zyskałam. Ale to już temat na osobny tekst.
  • Więcej bym wagarowała – w liceum dość często pozwalałam sobie na opuszczanie pojedynczych lekcyjnych godzin, od czasu do czasu całego dnia. Nie dlatego, że nie przepadałam za szkołą (lubiłam bardzo), ale dlatego, że często pojawiały się różne ciekawsze możliwości. Robiłam to dość zachowawczo, żeby nie przesadzić. A dziś bym przesadziła i to więcej niż raz. Ta możliwość wylogowania się z rzeczywistości jednak nigdy później nie smakuje już tak dobrze.
  • Mniej analizowania – chyba byłam z tych nastolatków „poważnych jak na swój wiek”. Niby nic na tym nie straciłam, ale na pewno też nie zyskałam. Za dużo wtedy planowałam, rozmyślałam i w ogóle byłam przeodpowiedzialna. Zdecydowanie brakowało mi spontaniczności i dystansu. Chętnie doradziłabym sobie nastoletniej: weź, wyluzuj.
  • Jadłabym dwa razy więcej słodyczy – w liceum mogłam jeść nieprawdopodobne ilości, pozostając chudziną. W sumie mam chyba niezłą pulę genową, bo nadal nie mogę narzekać na zdolności mojego metabolizmu, ale jeśli można się najeść czekolady na zapas, to właśnie wtedy należało to zrobić.
  • Nie uczyłabym się do matury – na tydzień przed maturą ogarnęła mnie panika i pamiętam, że byłam wtedy bliska przeczytania każdej książki, którą miałam w domu, bo „może się przydać”. A figa. W porównaniu z KAŻDĄ sesją na studiach, matura była jak zwykła kartkówka. Coś, co można napisać w miarę dobrze bez wysiłku, kojarząc jedynie fakty i wiedząc, w którym kościele dzwoni. Co dzwoni? Tego już nie trzeba wiedzieć.
  • Uważność w relacjach – jakimś cudem w szkole średniej poznałam chyba najbliższych mi ludzi. Na szczęście część tych znajomości przetrwała i mam nadzieję, że potowarzyszy mi do końca życia. Piszę „cudem” i „na szczęście”, bo z perspektywy czasu mam wrażenie, że każde z nas było szalenie skupione na sobie, a inni byli tylko tłem. Niby robiliśmy wiele rzeczy razem, ale tylko nieliczne miały jakiś większy sens. A przecież jedną z najlepszych rzeczy w życiu są wartościowe, mądrze zbudowane relacje. Fajnie, że się jednak udało.

Dziś starsza (niestety) i mądrzejsza (być może) o niecałe 10 lat oraz grubsza (to na pewno) o blisko 10 kg z największą przyjemnością przyjęłabym bilet do licealnej przeszłości. Ale tylko na miesiąc! Kto by to dłużej wytrzymał.

  • Cieszę się, Aniu, na Twój post. W wielu innych wpisach pojawiała się treść, że „matura i tak nie ma znaczenia”, a brakowało mi czegoś, co wskaże dobre strony tego etapu. Jednak to się dostrzega dopiero po czasie, a jedni nigdy do tego nie dorastają. Albo nie mieli zbyt wiele takich doświadczeń z tego okresu, co jest tylko smutne, bo to był piękny czas.

    Ja chciałbym wrócić na lekcje z moją polonistką i wychowawczynią jednocześnie, która jest niezwykle oczytaną oraz mądrą osobą, a przy tym kobietą z klasą. Do tych ludzi z ławki trochę też, choć te 29 dziewczyn w klasie zrobiło swoje i raczej te relacje się nie utrzymały, w przeciwieństwie do Twoich. Także mniej bym analizował, a tak poza tym to chyba wszystko było takie, jak powinno. Może trochę wcześniej zacząłbym pisać, ale to zawsze mam poczucie, że robię o tysiąc słów za mało. 🙂

    • Ania Piwowarczyk

      Na lekcje polskiego też bym chętnie wróciła! A z tymi relacjami to chyba takie normalne, że niektóre nie przetrwają próby czasu. U mnie też z kilkunastu, utrzymało się zaledwie kilka – za to tych najważniejszych 🙂

  • Zdecydowanie doradziłabym sobie: nie przejmuj się tak. Po latach przejmowanie się weszło mi w okropny nawyk, a początek tych stresów datowałabym właśnie na czasy licealne. Resztę można wprowadzić w każdym momencie, a człowiek ukształtowany na smutno to największa samo-szkoda 🙂

    • Ania Piwowarczyk

      Ukształtowany na smutno? Jak to rozumiesz?

Navigate