Moi Przyjaciele

Nie są najlepsi w mówieniu. Chodzą inaczej niż Ty czy ja lub wcale. Jedzenie (samodzielne) też nie zawsze jest ich mocną stroną. Właściwie na pierwszy rzut oka może się wydawać, że mocnych stron nie mają. Po pierwszej wizycie w ich domu, myślałam tylko, ile się miało w życiu szczęścia. Że dwie sprawne nogi, dwie ręce, język, a przede wszystkim głowa. Głowa jak u wszystkich.

Jeśli ktoś powiedziałby mi choćby tylko dwa lata temu, że ich pokocham, nigdy bym nie uwierzyła. Na liście dobrych uczynków, które chciałam zrobić w życiu, dla Nich już na starcie zabrakło miejsca. Wydawało mi się, że to po prostu nie dla mnie. Potem, że się boję i sobie nie poradzę.
W końcu przyznałam otwarcie w rozmowie z Kasią (której zawdzięczam zupełnie nowy porządek na mojej życiowej liście dobrych uczynków):
– Wiesz, ale kupa śmierdzi. Mnie to obrzydza.
– A Ty myślisz, że mnie nie obrzydza? – odpowiedziała. – Nie chodzi o to, żeby udawać, że kupa pachnie, tylko żeby zmienić pieluchę. A to są dwie różne rzeczy. Spróbuj, najwyżej więcej do nas nie przyjdziesz.

Przyszłam i zostałam przywitana zupełnie niespodziewanym objęciem. Już od progu poczułam, że jestem u siebie, choć nie umiałam wypowiedzieć słowa. Właściwie obserwowałam głównie Adasia, który pochylony odrobinę do przodu, poruszał się, górując niemal nad wszystkimi. Tak szybko, jakby nie dotykał stopami ziemi. Za to jego ślina dotykała jej co po chwilę, po drodze zahaczając jeszcze o głowy i ramiona wszystkich obok. Po cichu myślałam: „Tylko nie ja, proszę, nie zbliżaj się do mnie, tylko nie we mnie”. Te modlitwy zostały wtedy wysłuchane, bo śliną nie oberwałam. Za to teraz co jakiś czas dostaję soczystego buziaka w policzek lub czoło, a zaraz po tym Adaś podaje mi swój śliniak i pokazuje, że trzeba się wytrzeć. Jestem mu bardzo wdzięczna za każdą z tych lekcji czułości i dystansu do siebie.

Za niespodziewane objęcie odpowiadał Łukasz. Łobuz i rozrabiaka, z którym można się droczyć bez końca. To ściągnie buty, to poczęstuje się jedzeniem nie ze swojego talerza albo chociaż troszkę pohałasuje. Nigdy nie ma nudy, za to śmiechu co niemiara. Wypowiada tylko kilka słów (jesteś dla niego albo „koń”, albo „mama”), a jednak można sobie z nim pogadać jak z mało kim. Niezawodny w przypominaniu, że jak coś nie wychodzi, to warto się z siebie chwilę pośmiać. I chętnie się przyłączy, żebyś nie musiał śmiać się z siebie sam.

Kolejny był Julio, ale akurat Jemu nie udało mi się tamtego dnia nawet przedstawić. Nie widział, żebym umyła dłonie, a swoje podaje tylko osobom, co do których nie ma żadnych higienicznych wątpliwości. Dziś od czasu do czasu przybijemy sobie piątkę.

To nie jest tak, że Oni zyskali przy bliższym poznaniu. To ja przestałam się zasłaniać.
Z perspektywy czasu nie mogę uwierzyć, że po tym – fatalnym z mojej strony – początku jednak zaprosili mnie do swojego świata.

Lubię o nim myśleć jak o magicznej krainie, w której jakby przyłożyć kryterium normalności, to nic się nie zgadza. Każdy z Nich ma swój świat, którego nigdy nie zrozumiem. Godzę się z tym nie bez trudu. Cierpliwość też nic mi tu nie pomoże. Wiedza ułatwia, ale nic nie zapewnia. Mogę tylko być obok i pozwalać się oprowadzać po krainie, do której bez Nich nie miałabym wstępu. Za każdym razem wracam z tego wspólnego spaceru z zachwytem. Bo w tej krainie można odkryć bardzo wiele o sobie. Tam wszystko czuje i dzieje się za każdym razem po raz pierwszy.

Po ostatniej wizycie w ich domu myślę, ile się miało w życiu szczęścia. Że się Ich spotkało.

Z wdzięcznością dla Wszystkich, których spotkałam w Łanowej

Navigate