Najczulszy z miesięcy

Maj to haj. Czerwiec: nienasycenie, lipiec: szaleństwo (albo w polskim wydaniu: deszcz). Potem ukochany sierpień: namiętność. I na tym kończyłyby się fajne miesiące. Ale jest jeszcze jeden. Wyrzucony gdzieś poza tę wesołą letnią gromadkę, której słońce daje po oczach. Tonący w ciemności na samym końcu roku. A jednak najczulszy z nich – grudzień.

Kiedyś był dla mnie synonimem wyrzutów sumienia. Bo tyle chciałam i tyle samo, a może jeszcze więcej, nie zdążyłam. Już nawet nie chodzi o to memowe mycie okien, bo pokoleniowo uodporniłam się na świąteczne pucowanie szyb. Ale o próbę kondensacji miliona niezałatwionych i dodatkowych spraw w zaledwie cztery tygodnie. Byle zdążyć, byle do Wigilii. I nieważne już komu radość – byle było załatwione. Kartki, roraty, prezenty, projekty, spotkania, sprzątania. A światło gaśnie
o 16 i jak człowiek idzie spać o 22, to czuje się trochę jakby przeżył (albo przebiegał) dwa dni zamiast jednego.

Od dwóch lat uczę się, że to wszystko może być inaczej. Czas radosnego oczekiwania na stary nowy porządek. Układany czułością – dla siebie i innych.

Otwierana okienko po okienku. Na roratach, kiedy dominikański kościół tonie w ciemności, stopniowo rozświetlanej blaskiem świec i na śniadaniach pororatnich, które robią tak miło na żołądku i na duszy!

Albo wokół choinki. Tej mieszkaniowej, która cieszy przede wszystkim mnie i tej osiedlowej, do której ubierania ktoś co roku zaprasza. Nawet jeśli na co dzień mijamy się bez „dzień dobry”, przeszkadzamy sobie głośnym AGD po 19 i kiepsko nam idzie segregacja śmieci, to tak długo jak potrafimy przystroić razem świąteczne drzewko – wszystko z nami w porządku.

W końcu w tych wszystkich chwilach, w których dostrzegamy drugiego człowieka i potrafimy razem wypatrywać pierwszej gwiazdki. Nawet jeśli wypowiemy różne życzenia. Jak mama, która na środku ulicy, zanim wsiadła do samochodu, odtańczyła coś jak mini indiański taniec, zaklaskała w dłonie i wysłała całusa. Złapała go dziewczynka, która robiła dokładnie to samo za szybką przedszkolnego okna. Jak słowo daję, twórcy „Love actually” dołożyliby tę scenę do filmu z marszu. A to było tylko życie.

Jest różnica między nadzieją i czekaniem. W grudniu wybieram oba. Z czułością.

 

 

Navigate