O kosmetykach, których nie powinno się łączyć z alkoholem

Jeden z moich bliskich znajomych mówi, że w życiu najbardziej boi się braku konsekwencji. Jako kobieta mocno po dwudziestce podzielam ten strach, zwłaszcza w kwestii pielęgnacji.
Choć na kosmetykach znam się raczej mniej niż byłoby to przydatne (uznajmy, że wystarczającym dowodem tu będzie jedyny wpis kosmetyczny na tym blogu, który w 70% traktuje o błocie), a zabiegom urodowym poświęcam zdecydowane minimum, to jednak przez lata potyczek na tym kremowo-balsamowym polu wypracowałam sobie jedną strategię: konsekwentny minimalizm.
 
Polega to w skrócie na tym, że kosmetyków używam faktycznie niewielu, o składach niezbyt rozbudowanych, za to regularnie. Czyli jak maseczka raz w tygodniu to raz w tygodniu, a nie 50 razy w grudniu, żeby się statystyka zgadzała. I tak dalej.
 
Ale jak wiadomo nawet w obliczu grozy braku konsekwencji, duch bywa słaby. A zwłaszcza osłabia go wypite w letni wieczór prosecco. Pojawiają się dylematy, które łamią silną wolę szybciej niż ja zasady w Simsach 15 lat temu.
 
Wtedy jednak pojawiają się myśli o tym, że przecież jak to tak opuścić dzień pielęgnacji przez alkohol? To będzie pijaństwo.
Niedługo potem okazuje się jednak, że paradoksalnie byłby to rozsądek.
 
Bo owszem, są zabiegi pielęgnacyjne, które można połączyć z alkoholem.
Maseczka? Proszę bardzo, w ostateczności zaśniesz z czymś – zwykle zmywalnym – na twarzy.
Depilacja? Według mnie tutaj działa zasada autopilota. Jeśli jesteś w stanie samodzielnie trafić do domu (własnego – żeby nie było niedomówień), to z ogoleniem łydki też się uporasz. Choć doświadczenie niektórych mówi, że dobrze mieć w pobliżu plastry. Są też miejsca, które trudno zaplastrować, więc je lepiej pominąć. 
 
Od wczoraj wiem natomiast, że są kosmetyki, których absolutnie z alkoholem łączyć nie należy.
Nie jest to grupa bardzo rozbudowana i długo w nią nie wierzyłam. Nie przekonały mnie nawet dwie dłonie odciśnięte kiedyś na udach, być może dlatego, że nie moich.
Ale doczekałam się i swojej wersji szkarłatnej litery. Dlatego dziś piszę do Was z pełną świadomością i doświadczona przez DHA.

Nawet jeśli jesteście żelaznymi damami konsekwencji, pogoda utrzymuje się nadzwyczajnie letnia jak na to co sugerowałby kalendarz, a prosecco przyjemnie szumi Wam w głowie, to nie sięgajcie w stanie wskazującym po jakiekolwiek produkty obiecujące Wan jednolitą, zdrową opalenizę!
Łączenie ich z alkoholem ma skutki iście tragiczne.
I żaden peeling na to nie pomoże.
Navigate