Okres. Historia prawdziwa

Każda z nas doświadczy w swoim życiu menstruacji średnio pół tysiąca razy na przestrzeni około 35 – 40 lat. Nie ma ani jednej kobiety na świecie, której ten temat by nie dotyczył, a tylko w tym momencie przez menstruację przechodzi jakieś 300 milionów z nas! Co więcej: nikogo z nas nie byłoby na świecie, gdyby ten naturalny proces nie zachodził. Mimo tej skali i powszechności zjawiska (że tak to na razie ujmę), nadal jest to temat jakby mało wygodny, niezbyt komfortowy, a już na pewno niepopularny. Pytanie, czy jest jakikolwiek sensowny powód, by ten stan utrzymywać. Bo mnie się wydaje, że nie.

Kultura w rozkroku

O tym jak miesiączka była postrzegana w różnych kręgach kulturowych i na przestrzeni wieków wielu dużo mądrzejszych ode mnie ludzi napisało już tysiące stron, więc nie będę tego powtarzać. Jednym z głównych punktów wspólnych jest pewien rodzaj ambiwalencji w podejściu. Z jednej strony miesiączkujące kobiety są uznawane za nieczyste (m.in. nie wolno uczestniczyć im w obrzędach religijnych, przygotowywać posiłków, powinny przebywać w odosobnieniu), a krew menstruacyjna nazywana jest brudną i szkodliwą. A z drugiej tym kilku dniom przypisywana jest wielka moc, a nawet świętość kojarzona z darem płodności. Osobiście najbardziej zaskoczyło mnie chyba, że bardzo często menstruacja budziła strach i to wcale nie u kobiet, a u mężczyzn! Bo nie mogli pojąć, jak to się dzieje, że – cytując bohaterów South Park – ktoś przez 5 dni krwawi i nie umiera. Stąd też wzięły się pomysły między innymi na przygotowywanie specjalnych eliksirów właśnie z krwi miesiączkowej. Jednym słowem magia w macicy 😉 Inną ciekawostką jest historia baśni o Czerwonym Kapturku, która według jednej z wielu interpretacji miała być właśnie opowieścią o kobiecym dojrzewaniu i budzeniu seksualności. A skoro jesteśmy już przy bajkach…

Niebieska krew i białe dżinsy

Wiecie, że nadal na świecie żyją społeczności, w których kobiety przez całe życie muszą ukrywać przed mężczyznami, że w ogóle mają miesiączkę? W niektórych rejonach Indii żyją mężczyźni, którzy w ogóle nie wiedzą, że w ciele kobiety zachodzi proces taki jak menstruacja. Nie uczą się tego w szkole i nikt im o tym nie mówi, bo rozmowy o miesiączce są zakazane, a kobietom nie wolno kupować środków higienicznych, jeśli sprzedawcą jest mężczyzna. Kiedy usłyszałam to pierwszy raz, przeszedł mnie dreszcz. Przeraziło mnie to, ale jednocześnie pomyślałam, że to przecież skrajne sytuacje i wyjątki. Dopiero kiedy zastanowiłam się nad tym dłużej, dostrzegłam, że niestety w „naszej” części świata to się wcale aż tak nie różni.

Na pytanie czy miesiączka nadal jest tematem tabu, odpowiadam: tak długo jak w reklamach środków higienicznych będziemy oglądać niepodobny do niczego niebieski płyn i trzy kobiety tańczące w białych obcisłych dżinsach na środku łąki z hasłem „Nikt się nie dowie” lub „100% dyskrecji” to tak, będzie to temat tabu. Nie mówię, że wszystkie mamy być tak radykalne i ostentacyjne jak Kiran Gandhi, która przebiegła londyński maraton bez tamowania okresu. Ale naprawdę jak patrzę na te reklamy, to nomen omen krew mnie zalewa. Bo pokazywanie tego najbardziej naturalnego na świecie procesu w sposób sztuczny i przypudrowany może być naprawdę szkodliwa. Do dziś pamiętam historię jednej znajomej, która po kilku kieliszkach wina przyznała, że w czasie okresu nie śpi w tym samym łóżku ze swoim partnerem. Kiedyś zdarzyło się, że przeciekł jej tampon i pobrudziła prześcieradło, a wtedy on powiedział, że go to obrzydza i przecież okres tak nie wygląda. W żaden sposób nie usprawiedliwiam tej idiotycznej reakcji i fundamentalnego braku wiedzy z zakresu biologii (chyba, że kolega myśli, że wziął się z kapusty), ale to trochę pokazuje, jak bardzo zakłamany jest obraz kobiecej rzeczywistości tych kilku dni. Sama się na tym złapałam, kiedy jakiś czas temu bardzo źle się czułam w czasie miesiączki. Byłam wtedy umówiona z chłopakiem, z którym spotykałam się od niedawna. Odwołałam spotkanie, mówiąc mu, że bardzo źle się czuję. A kiedy zaproponował, że przyjedzie, żebym nie była sama, nie zgodziłam się, używając naprawdę głupiego argumentu „że nie powinien mnie widzieć w takim stanie”. Naprawdę sama nie wiem, o co mi wtedy chodziło. Bo przecież to normalne, że kiedy źle się czujemy, miło jest kiedy ktoś się nami zaopiekuje.
Wiem, że często nie mówimy o miesiączce, bo boimy się stereotypowych ocen i głupich żartów. Też tak mam. Dlatego w  takich momentach przypominam sobie reakcję mojej bardzo odważnej koleżanki, która na pełne złośliwości pytanie kolegi: A ty co? Okres masz, że się tak zachowujesz?, opowiedziała: Tak, mam. Jakby tobie coś cały czas ciekło między nogami i czułbyś jak ktoś kopie cię od środka w brzuch, to też raczej nie tryskałbyś humorem. Nie mówię, że zawsze musimy być takie dosadne czy opryskliwe, ale w jaki sposób mężczyźni mają nam okazać empatię czy czułość, skoro nie mówimy im o tym, co przeżywamy? Dlatego rozmawiajmy zamiast obrażać się i ukrywać.

To co tam sobie zaplanowałaś?

Wiadomo, że czasem okres potrafi tak dać w kość, że mimo najszczerszych chęci, trudno jest poskromić emocje. Tutaj bardzo pomaga znajomość własnego ciała. Zwykle same czujemy, że jesteśmy rozdrażnione bardziej niże zwykle, więcej rzeczy nas denerwuje czy trudno się nam skoncentrować. Wtedy warto po prostu… wrzucić na luz. Więcej odpoczywać, spędzić te 3 dni nieco wolniej, lepiej się wysypiać. Proste rzeczy, a naprawdę działają.
Sama przechodzę okres naprawdę fatalnie i zdarza się, że dosłownie zmiata mnie z nóg. Wymioty, omdlenia, ból brzucha, biegunka. No co Wam będę tutaj szczegółowo opisywać, po prostu nigdy nie należałam do tej grupy dziewczyn, które „nawet nie zauważają, że mają okres”. Wiele razy zdarzyło się, że dwa pierwsze dni okresu to był dla mnie czas wyjęty z życia, który spędzałam zwinięta w kłębek i trzęsąc się z bólu, koniecznie z miską obok łóżka. Ulgę przyniosło mi zażywanie środków hormonalnych, ale długofalowo nie wydawało mi się to dobrym rozwiązaniem. Dlatego zaczęłam uważnie obserwować własny cykl i mimo, że nadal zdarzają mi się naprawdę straszne okresy, to przynajmniej wiem, w jaki sposób mogę sobie choć trochę pomóc:

środki przeciwbólowe – długo zażywałam Nimesil lub Ketonal, ale oba wykańczały mój żołądek. Odkryłam, że Ibuprom stosowany na zmianę z Solpadeine (tabletki do rozpuszczania w wodzie) również bardzo dobrze działa. Ważne jest, żeby nie zgrywać bohaterki i zażyć środek przeciwbólowy, kiedy ból dopiero się zaczyna. Później trudno go opanować.

ziołowe herbaty – już na kilka dni przed spodziewaną miesiączką piję herbatę z liści malin, bo wpływa na rozluźnienie mięśni. A w trakcie okresu najchętniej rumianek, który działa kojąco i łagodząco.

sen i odpoczynek – tuż przed okresem potrzebuję spać więcej niż zwykle i staram się dużo odpoczywać. Nawet jeśli akurat nie jestem śpiąca, to po prostu kładę się na łóżku i czytam książkę albo słucham  muzyki. W tym czasie zdecydowanie unikam wysiłku fizycznego, nawet jeśli mam akurat na niego ochotę. Jeżeli czuję się odrobinę lepiej, to idę na spokojny spacer lub wykonuję kilka ćwiczeń rozciągających.

dieta – staram się jeść tylko lekkostrawne rzeczy, najchętniej ryż albo kaszę jaglaną z warzywami, piję dużo wody i ziołowych herbat, nie jem zimnych rzeczy, nigdy nie piję tuż przed okresem i w trakcie alkoholu.

ciepło – staram się w żaden sposób nie wyziębiać, jem i piję tylko ciepłe rzeczy, biorę nieco dłuższe ciepłe prysznice, a w skrajnych sytuacjach używam termoforu (choć tutaj trzeba być ostrożnym ze względu na ryzyko krwotoku).

przyjemności – podobno to akurat nie jest najzdrowsze, ale 2-3 dni przed okresem chyba nie wytrzymałabym, gdybym nie zjadła chociaż tabliczki kostki czekolady, dlatego nigdy sobie jej w tym czasie nie odmawiam. Poza tym unikam wszelkich stresów i staram się po prostu miło spędzać czas. Wieść gminna niesie, że również orgazm bardzo łagodzi wszelkie miesiączkowe dolegliwości, więc jeśli tylko macie ochotę, to warto wypróbować i ten rodzaj terapii 😉

A przede wszystkim unikam stresów, bo odkryłam, że to właśnie ma największy wpływ na moje samopoczucie w czasie miesiączki. A jak to jest u Was? Proszę podzielcie się swoimi sposobami 🙂

Marzenie o podpasce

Bardzo chciałabym, by w każdej publicznej toalecie obok papieru toaletowego, mydła czy nawet kremu do rąk, były też automaty z podpaskami i tamponami. Coraz częściej można takie spotkać, ale nadal nie jest to powszechne zjawisko. A jeszcze bardziej chciałabym, by 500 milionów kobiet, które według raportu WHO nie mają dostępu do środków pozwalających zachować higienę w czasie menstruacji, jak najszybciej go uzyskało. Wbrew pozorom to nie jest tylko problem mieszkanek krajów rozwijających się, ale również kobiet żyjących w bezdomności czy zakładach karnych, gdzie ograniczony dostęp do środków higieny jest na porządku dziennym. Jeżeli chciałybyście pomóc, to śledźcie uważnie stronę Fundacji Feminoteka – regularnie organizują zbiórki środków higienicznych dla kobiet, które tego potrzebują.

A na koniec zostawiam Was z kilkoma okresowymi linkami, które same mi podesłałyście:

  1. Okazuje się, że jednak można zrobić dobrą reklamę podpasek. Na dodatek ze świetnym kawałkiem A Tribe Called Red w tle.
    (Co wrażliwszych ostrzegam, że w reklamie pojawia się – o zgrozo – krew)

2. Punkt 14 szczególnie, ale właściwie w każdym bym się odnalazła: https://www.buzzfeed.com/laraparker/bloody-mary?bftw&bffbmain&utm_term=.ifO7KaWw5#.id22X4bJv

3. Rozmowa z reżyserką filmu poświęconego tematowi menstruacji „The Moon inside you”: http://kobieta.interia.pl/gwiazdy/news-porozmawiajmy-o-menstruacji,nId,412043

4. Bardzo brzydkie rysunki 11/10:

  • Bardzo się cieszę z powodu tego tekstu 🙂

    • Ania Piwowarczyk

      Dziękuję! Również się cieszę, że w końcu go napisałam.

  • Gabriela Nowak

    Aniu, tekst jest świetny, dzięki za niego. Z jedną jedyną maleńką rzeczą się nie zgadzam – uważam, że niebieski płyn w reklamach jest ok. Tak jak w reklamach pieluszek dla dzieci. Chcę wierzyć(!) że w tym przekazie chodzi po prostu o estetykę i już. Reklamy raczej z założenia są ładne, żeby spełniać swoją funkcję.
    Realistyczne przedstawienia powinny obowiązkowo(!) – moim zdaniem – znaleźć swoje
    miejsce na lekcjach wychowania seksualnego w szkole (wiem, utopijny postulat). Bo owszem – wszystko jest naturalne, ale też intymne. Można mówić o miesiączce tak otwarcie, jak o katarze, jasne że tak! Ale chyba niekoniecznie chcemy oglądać w reklamach chusteczek do nosa zielonkawą maź imitującą śluz… Niekoniecznie cieszy nagły widok cudzej obsmarkanej chusteczki, śliny na chodniku, zużytego tampona. Można wymienić tu wszystkie płyny ustrojowe. I jakkolwiek są naturalne, to chyba jednak dobrze trzymać je możliwie blisko siebie i polityka oraz feminizm w mojej argumentacji nie mają nic do rzeczy 🙂

    • Ania Piwowarczyk

      Jasne, że tak! Traktuję ten „niebieski płyn” raczej jako symbol pewnej narracji, która mi się nie podoba. Zgadzam się zupełnie, że nie musi być to przedstawione w 100% realistycznie, to oczywiste. Dlatego tak bardzo podoba mi się reklama The Blood, która pokazuje, że można o tym opowiadać też w inny sposób (po prostu osobiście dużo mi bliższy): https://www.youtube.com/watch?v=8Q1GVOYIcKc A tu druga: https://www.youtube.com/watch?v=Bpy75q2DDow

  • w kwestii świadomości – mój kolega z klasy licealnej (biol-chem) byl święcie przekonany, ze dziewczyny w czasie okresu nie chodzą do szkoły. Wyszło to podczas naszej dyskusji na temat godzin nieobecności wypisanych do jakiejś wywiadówki. 🙂

    • Ania Piwowarczyk

      Hmm… Niestety tak bardzo się nie pomylił 🙁 W raporcie WHO do którego odnoszę się w tekście, przeczytałam, że właśnie z powodu menstruacji w Sierra Leone na lekcje nie chodzi więcej niż 20% uczennic, podobnie sytuacja wygląda m.in. w Nepalu. W Indiach wiele dziewczyn z tego powodu po prostu rezygnuje z nauki. Wynika to właśnie z braku dostępu do środków higienicznych i warunków, w których dziewczyny w spokoju mogłyby zadbać o higienę w czasie okresu.

  • nat

    Dzień dobry Aniu! 🙂

    Trafiłam tu od Andrzeja Tucholskiego, wprost na tekst o okresie 🙂 Poruszasz wiele ważnych kwestii. Sama jestem z grupy cierpiącej, mdlejącej i wymiotującej podczas miesiączki, niestety nie zawsze mogłam w tym czasie zostać w domu. Z tego powodu często mówiłam o miesiączce wprost – tak, żeby gdybym źle się poczuła, towarzysząca mi osoba wiedziała co zrobić. Obracam się w środowisku z przewagą mężczyzn i zwykle pierwszą reakcją moich kolegów było lekkie zdziwienie. Albo całkiem spory szok 😉 Po chwili oswojenia się z wiadomością okazywało się zawsze, że to całkiem normalna sprawa. Chciałabym jednak, żeby ta chwila nie była potrzebna…

    Dla mnie częściowym wybawieniem z wielu moich problemów był zakup kubeczka menstruacyjnego. Kubeczek mnie nie podrażnia, co robiły podpaski i tampony, jest bezpieczniejszy od tych produktów – tampony i podpaski często są wybielane, a kubek jest wykonany z bezpiecznego silikonu medycznego, w razie konieczności może być założony jeszcze przed spodziewaną miesiączką, kupuje się go raz na kilka lat i zawsze jest dostępny, wystarczy go wygotować pomiędzy kolejnymi użyciami, dodatkowo ogranicza produkcję śmieci. Nawet bóle brzucha przy użyciu kubeczka są u mnie lżejsze niż przy innych metodach 🙂 Kubeczek byłby idealnym rozwiązaniem dla osób, których nie stać na jednorazowe środki higieny. Mam nadzieję, że kiedyś będzie na tyle popularny i „zwyczajny”, że tak się właśnie stanie 🙂

    • Ania Piwowarczyk

      Dzień dobry! Bardzo mi miło, rozgość się 🙂
      To już kolejny raz kiedy słyszę same dobre rzeczy o kubeczku. Przyznam, że od pewnego czasu rozważam ten zakup, ale cały czas obawiałam się, że hmm… logistyka mnie przerośnie. Chyba najwyższa pora jednak spróbować. Dzięki!

Navigate