Pierwsza myśl z(za) plecaka

Nie lubię uciekać. Wydaje mi się, że wtedy już od startu skazuję się na porażkę. Że sama sobie zabieram oddech i sprawdzam, jak długo wytrzymam bez. Mam zadyszkę, zanim zacznę bieg. I nieważne, czy goni mnie pies, czy życie.

Być może też nie potrafię. Pamiętam, jak kiedyś jadąc rowerem, usłyszałam za sobą szczekanie i szelset krzaków. Było już ciemno, więc nie widziałam czworonoga. Ostatecznie mnie nie dogonił – może wcale nie chciał – ale ja skończyłam poobijana w rowie. Coś mi mówi, że w życiu byłoby podobnie. Strachy w głowie większe niż powód ucieczki.

Dlatego bywam wytrzymała. Choć nie z bohaterstwa.

Odpowiedzialnośc? Czemu nie. Bliskość? Poproszę dokładkę. Nadmiar obowiązków? Dajcie więcej. Złe samopoczucie? Minie. Rozczarowanie w tym co ważne? Za 5 min poczuję się lepiej.

Potrafię tak długo, ale w końcu jest mi duszno. Czuję, że się kurczę, zamykam, wycofuję. Niby nie uciekam, ale kulę się w sobie. I chciałabym się schować.

Już jako dziecko wolałam zabawę w chowanego niż w berka. Nie podobało mi się, że muszę przed kimś uciekać, a potem kogoś gonić i klepnąć tak, żeby sam musiał włączyć się w tę szaleńczą bieganinę. Znacznie bardziej odpowiadało mi szukanie zapomnianych kątów i cichych zakamarków, w których można się było schować. I z podwiniętą brodą przeczekać kilka trudnych chwil, kiedy ktoś krążył w pobliżu na palcach. Czekać spokojnie i ufnie na bycie odnalezionym, we właściwym momencie.

Dziś trudniej schować się za drzewem albo pod stołem. Na szczęście za 50l plecakiem na drugim końcu świata już nie tak trudno.

Navigate