Szczęśliwa dwunastka, czyli nieco inne podsumowanie roku 2017

To nie był dla mnie łatwy rok. Pełny zmian i emocjonalnych wyzwań. Niemal przez całe dwanaście miesięcy trzymał mnie w stanie gotowości na cokolwiek. Czułam się jak żołnierz w okopach, któremu piach wieje w oczy i zasłania widok nawet na własne dłonie. A jak wystawić łeb, to chyba tylko do odstrzelenia. Rozmach regularnie zamieniał się w rozpierdol. I nawet te dobre decyzje okazywały się kosztowne i trudne do uniesienia. Spokoju było mało i pojawiał się w niespodziewanych miejscach. Wszystkie szczęśliwe chwile były zaskoczeniem. Ale przynajmniej zaczęłam lubić niespodzianki.

***
Nowy Rok

Do dziś nie wiem, czy to wina zepsutego pieca, czy rozmachu, który od pierwszych chwil nowego roku chciał zaznaczyć swoją obecność. Ale już pierwszy stycznia przyniósł zwrot akcji na miarę całkiem niezłej komedii romantycznej. Spod gęsiej skórki czułam, że tu już nie może być happy endu, ale wtedy – przez chwilę – było pięknie.

 Ścieżka

Zbliżała się godzina szesnasta i stoki powoli pustoszały. Moje myśli uciekły w stronę niebieskich migdałów i skręciłam nie tam gdzie trzeba. Śnieżny korytarz szerokości chodnika prowadził w dół środkiem lasu. I był tylko dla mnie. Po pierwszym zachwycie, pomyślałam, że z tego miejsca już na pewno nic nie jedzie w górę i czeka mnie przynajmniej 2 km spaceru z nartami do najbliższej stacji. Po chwili logistyczne zmartwienia rozgonił widok małych drewnianych szwajcarskich domków. Miło było zaglądać w okna ozdobione kraciastymi zasłonami, za którymi błyskały płomienie kominków przypominające, jaka zima potrafi być przytulna.

Do widzenia

Ktoś kiedyś powiedział mi, że rozstawać się z Wiosną to gorzej niż rozstawać się z chłopakiem. Bardzo się wtedy śmiałam. Teraz przyznaję, że coś w tym jest. Kto by pomyślał, że to będzie jedno z najtrudniejszych „do widzenia” w moim życiu! Bo „dziewczyna wyjdzie z Wiosny, ale wiosna z dziewczyny nigdy”. Chciałabym już zawsze mówić „do widzenia” z poczuciem takiej wdzięczności i wolności.

Trzy morza w trzy dni

Wynajmiemy samochód gdzieś poza Jerozolimą i zrobimy trasę nad Morzem Martwym do Ejlatu autem, w aucie będziemy spać i auto zostawimy pod lotniskiem – tak wyglądał nasz master plan na dzień przed wylotem. W efekcie zmienił się tylko niewiele, za to o Tel Awiw. Dzięki temu udało się dotknąć trzech mórz w trzy dni i kilku innych cudowności tej ziemi w kolejne trzy. Jeszcze nigdy żadna podróż tak dobrze mi się nie złożyła.

41 km

Już na początku założyłam, że nie dam rady przejść ponad 40 km za jednym razem. Zaplanowałam więc 30 na nogach, a 10 autobusem. Ale życie wiedziało lepiej, że nie trzeba się bać. W ciemności, błocie, zimnie, deszczu i dobrych wiadomościach. Ze świtem przywitanym w Lanckoronie.
Nigdy w życiu tak mnie nie bolały nogi.
Nigdy w życiu tak dobrze mi się nie spało na szybie autobusu.
Mam nadzieję, że jeszcze choć raz w życiu przejdę EDK.

Maj to haj

Maj okazał się w tym roku bardziej chujem niż hajem. W końcu oba na „h”, tylko inne. Uratował go jeden weekend z wielką kolorową zjeżdżalnią, alpaką i śmiechem, który nie miał końca. Naprawdę mało wcześniej wiedziałam o dobrych weekendach.

Pierwszy weekend czerwca

U progu lata, w zaledwie 48 godzin poczułam tyle samo szczęścia, co nieszczęścia. Zaczęło się od wiadomości, z której bardzo bym się cieszyła. Gdyby nadeszła od kogoś innego. Dziś myślę, że los jest przewrotnym szaleńcem. Ale miło z jego strony, że pozwolił mi spotkać tylu wyjątkowych ludzi, którzy tak samo jak ja lubią tarasy, balony i bańki mydlane. Oraz pić wino nad Wisłą.

Tatry bez filtra

Wróciłam dużo później niż myślałam, bo wieczór nad miastem również okazał się dużo milszy niż myślałam. Pakowałam się w półśnie i pełnym pośpiechu. Nie wzięłam ani śpiwora, ani kanapek. O te drugie zadbał ktoś inny (szczęściara ze mnie). Mimo chłodu i braku miejsca nawet na ganku, Dolina Pięciu Stawów wydała mi się nad wyraz gościnna. Wszystkie chłody nocy, wynagrodziła porankiem tak świeżym i soczystym, że żaden filtr nie oddałby tych kolorów. Gdybym wiedziała, że będzie to na jakiś czas moje ostatnie spotkanie z górami, zostałabym tam na dłużej.

Bilokacja

Nie spodziewałam się, więc wszystko planowałam inaczej. A potem wyszło, że bardzo chciałabym być w dwóch miejscach na raz. O dziwo, poniekąd się udało. Dwa końce Polski połączyły mi się w jedną całość i przyniosły to bezcenne uczucie, że tyle najlepszych rzeczy jest jeszcze nadal przede mną.

Zatoczka

Po bardzo okropnym tygodniu, wydarzył się weekend małych cudów. Większość z nich spadła z nieba nad Jaworkami. Jeden nawet prosto na mnie. W miejscu tak banalnym jak autobusowa zatoczka.

Lato w listopadzie

Z listopadem nigdy się nie lubiliśmy. Dlatego już od dawna wiedziałam, że czmychnę mu przy pierwszej okazji. Pieczołowicie zaplanowana ucieczka, została mocno skomplikowana przez antybiotyk i kilka medycznych nieprzyjemności. Ale ostatecznie skończyła się kąpielą w morzu w połowie listopada, która była niczym innym, jak tylko spełnionym marzeniem.

Jak nikt 

To miało być kolejne w tym roku spotkanie tylko na chwilę, a jednak żadnej z nas się nie spieszyło. Dużo było obowiązków, pracy, przeżyć, kłopotów i spraw, którym trzeba poświęcić całą uwagę. Dlatego w tym roku byłyśmy dla siebie tylko wtedy, kiedy się potrzebowałyśmy. Aż wtedy. Bez ludzi, którzy znają nas jak nikt, niewiele w życiu można.

***
Gorzej już raczej nie będzie, dlatego po 2018 spodziewam się BARDZO roku. Dlatego, że wszystko może być BARDZO. Albo (ewentualnie) BARDZO – brzydkiesłowo – nie.

 

 

 

 

 

 

 

Navigate