Szczęśliwa dwunastka, czyli nieco inne podsumowanie roku 2018

Ależ to był rok!
To jest moja pierwsza myśl jeśli chodzi o 2018. Choć nie był w żaden sposób wyjątkowy czy przełomowy, to z pewnością był BARDZO. Niby z początku ani trochę się nie zapowiadał. Ale wystarczyło dać mu szansę, by przekonać się, jakie życie potrafi być bardzo dobre. Że dorosłość może być rozwijająca i w ogóle niestraszna, a trudne doświadczenia nie tylko burzą, ale też budują.

Wino na specjalną okazję

Przywiezione z Kaukazu, przeniesione przez góry, zamiast leżakować – plecakowało. O pięknej rubinowej barwie. Kiedy wyobrażacie sobie kolor idealnego czerwonego wina, to na pewno jest ten. Nazywaliśmy je „superavi” i miało zaczekać na specjalną okazję. Pojawił się jednak problem z definicją i wino zostało otwarte na niby zwykłym dziewczyńskim wieczorze. A jednak kaca nie było. Żalu też nie. Pozostał dość banalny wniosek, że w życiu nie warto czekać na specjalne okazje.

-15 stopni też może być piękne

…napisałam na Instagramie i wrzuciłam fotkę z wyciągu. Dwadzieścia minut później złamałam nogę.
Mówi się, że coś jest twarde jak kość. Jednak to nie do końca prawda. Sekretem kości nie jest ich twardość, a odporność na obciążenia. Przewyższająca nawet stal.
Cud kostnej wytrzymałości zbudowany jest z wielu substancji i minerałów. Tej życiowej przede wszystkim z jednej: wdzięczności.
Mimo że w samym złamaniu nogi nie było oczywiście nic fajnego ani szczęśliwego, to te 6 tygodni w gipsie nauczyło mnie wdzięczności. Nigdy nie myślałam, że mam wokół siebie aż tylu ludzi, na których mogę liczyć! Dziękuję.

I wish I had a mango tree

W poprzednich latach zwykle wyprawiałam huczną urodzinową imprezę lub robiłam coś nietypowego z tej okazji. W tym roku nie miałam planu na ten dzień, ani nawet na nic nie czekałam. A jednak drzewko co prawda nie mangowe, a kumkwatu japońskiego, same dobre spotkania, niemal letnia pogoda (kwiecień bez rajstop!) i przynajmniej dwie niespodzianki sprawiły, że był to jeden z najmilszych dni mijającego roku. Taki, w którym niczego mi nie brakowało i dostałam więcej niż sobie wyobrażałam.

Czarownica

Czekałam na to spotkanie od kilku lat. Tyle już o niej słyszałam, że rosły we mnie obawy przed rozczarowaniem. Bałam się, że zderzenie wyobrażeń z rzeczywistością będzie bolesne i nie obejdzie się bez filtra. Nic bardziej mylnego. Islandia to czarownica i owszem, należy się bać, ale tylko tego, że szczęka rozdziawiona w zachwycie już nigdy nie zdoła wymówić nic poza „woooooooow”.

Łanowa po godzinach

Jesteśmy różni, jest nas dużo i zawsze będziemy głośniejsi 😉 Nie sposób budować w takich okolicznościach wielu bardzo bliskich emocjonalnie relacji, bo po prostu doby człowiekowi by brakło, a jednocześnie chyba nigdy nie miałam tak dużej grupy przyjaciół. I choć ekipa się zmienia, czasem coś się poluźni, czasem coś zaskrzypi, to w całości jest niezawodna. Bo tyle się ze sobą przeżyło – chwil ważnych i nie, tyle się razem zrobiło rzeczy trudych i też tych całkiem przyjemnych, że po prostu się tam w siebie nawzajem wierzy. W siebie i w tych ludzi – w Łanową.
Wszelkie pomysły kupowania chałupy gdzieś za górami i za lasami na spółę ze znajomymi zawsze wydawały mi się szalone. Ale z nimi – biorę w ciemno!

Festiwal raz!

Festiwale to nigdy nie był mój klimat. Za dużo, zbyt tłoczno, do tego nie za czysto. Ale z racji tego, że miałam w tym roku podejmować decyzje, które mnie ekscytują i nie umiem odmawiać ludziom, którym zazdroszczę (tak pozytywnie) otwartości na świat, pojechałam.
Było dużo, było tłoczno i było czysto. A poza tym po prostu wspaniale! Nie sądziłam, że aż tyle można przeżyć w zaledwie kilka dni w murach XIV wiecznego klasztoru. Fizycznie przywiozłam stamtąd własnoręcznie zrobiony świecznik z betonu, koszulkę z odbitym bukietem i wątpliwe umiejętności jazdy na monocyklu. Psychicznie – apetyt na więcej i miłość do namiotu bez współlokatorów 😉

O taki sierpień nic nie robiłam

Nikt tego nie planował, a dwóch z trzech uczestników wycieczki nie znało kierunków i zgodnie ze swoją wolą, zostało porwanych. A mimo to dotarliśmy nad jezioro idealnie o zachodzie słońca, by w minutę zdjąć ubrania i załapać się na wieczorną kąpiel w towarzystwie wielkiej pomarańczowej kuli. Całkiem jak w filmach, tylko lepiej. Potem było ognisko, było spanie pod gołym niebem, było sto lat i toast winem z Maryjką, pół dnia na rowerku wodnym, kimanie na trawie, ostatni wolny namiot w bazie i piękny świtak tuż przed burzą w Gorcach.
Lato, tak mi rób już zawsze.

Piwniczka

Tak chyba powinny wyglądać poprawiny każdego wesela. Na działce, wśród jabłoni, w domku pod kogucikiem. Z grami planszowymi na kocu, tańcami w ogrodzie, w gronie przyjaciół. Na luzie, w śmiechu i radości. Z widokiem na sady po horyzont. A że burza i deszcz? Co z tego, skoro w kluczowym momencie piwniczka na bimber pomieściła więcej ludzi niż butelek.

Pół roku lata

Moje urodziny są na końcu kwietnia, Mai w połowie września. W tym roku obie świętowałyśmy w piękne upalne dni na leżakach. I z prosecco. Konkretnie z 2 litrami prosecco, bo niby solenizantka chciała tylko jedną karafkę, ale druga była gratis. Podołałyśmy, lato też.

W cieniu wielkiej góry

Pomimo kilku napięć i odstępstw od planu, udało mi się dotrzeć wieczorem do schroniska Altavista – najwyżej położonego miejsca noclegowego w Hiszpanii. Zdjęłam plecak, usiadłam na ławeczce przed niewielkim budynkiem, odkręciłam termos z herbatą i popatrzyłam przed siebie. Na tle zachodzącego słońca, wśród napływających chmur i schodzącej z nieba szarości, zobaczyłam cień wielkiej góry. Niemal idealny trójkąt. Niecałe 12h później stałam na jego czubku, witając dzień z krateru wulkanu Teide.

Ocean

Po raz pierwszy spotkaliśmy się na dalekiej północy i było to spotkanie lodowate. Bliżej poznaliśmy się dopiero na południu, w gorących objęciach. I choć to co pierwsze, uzbrojone w siłę sentymentu, zwykle mocniej osadza się w sercu, to przyznaję, że z oceanem jednak milej kochać się na Teneryfie niż na Islandii. A na pewno cieplej.

Akordeon

To był dla Niej trudny rok. Mimo dużej życzliwości, licznych propozycji i pomysłów na rozrywki, zajęcia, odskocznie, zło nie odpuszczało. Był taki moment, że wydawało się, że już zaraz może nawet wygra. Przegrało. Ale to raczej dopiero początek dobrej drogi. Pojawiło się na nim marzenie – akordeon. Wydawało mi się szalenie trudne do spełnienia, bo w końcu instrument nie taki znowu popularny, a budżet na niego prawie żaden.
Okazało się, że wystarczyła niecała godzina, kilka maili i jeden post na Facebooku, by znaleźć akordeon w prezencie dla niepełnosprawnej dziewczynki. Zupełnie za darmo! Ania i Maciek nie chcieli nic w zamian. Wystarczyła im myśl, że akordeon jeszcze komuś posłuży.
Nie wiem, czym zasłużyłam na te spełnione marzenia, swoje i cudze.
____

Może wcale nie zasłużyłam? A może wcale się nie spodziewam, ile jeszcze na mnie czeka?
Trudno powiedzieć, skoro nawet ze słowem na rok był problem – chyba jeszcze nigdy nie pojawiło się aż tyle pomysłów i propozycji. W końcu wygrało wcale – bo to może być nic, a może być też wszystko.

 

 

 

 

  • Całkiem niezły był ten ubiegły rok. A przecież nie tylko duże rzeczy muszą tworzyć radość. Warto dostrzegać te z pozoru małe,doceniać je i czerpać radość. Dzięki temu w każdym roku znajdzie się coś,co sprawi,że będzie on na swój sposób udany. Pozdrawiam 😉

    • Ania Piwowarczyk

      Jestem specem od małych radości 😉 Nie wyobrażam sobie żyć inaczej, mając niecały metr sześćdziesiąt.

Navigate