Rower to wolność

Jedno z moich najwcześniejszych wspomnień z dzieciństwa to wyczekiwanie ciepła. Pierwszego prawdziwie wiosennego dnia, w którym czuje się, że słońce zostanie na dłużej. Pamiętam, że razem z siostrą przy każdym podmuchu cieplejszego wiatru, pytałyśmy: czy to już? I tak przez kilka tygodni, bo pierwsze pytanie padało zwykle chwilę po tym, jak stopniał śnieg. W końcu było już.

Stałyśmy na schodach i zaglądałyśmy w górę, a Tata znosił nasze rowery. Trzeba je było odkurzyć, nasmarować, dopompować powietrze, dopasować wysokość siodełka i sprawdzić, czy sięga się stopą do podłoża i czy na pewno jest wygodnie. Jeszcze tylko chwila i w pierwszym prawdziwie ciepłym dniu, można było poczuć wiatr we włosach i ruszyć ku przygodom. Za każdym razem obiecywałam sobie wtedy, że jak dorosnę, to na pewno pozwolę dzieciom jeździć rowerem przez cały rok!

Co ciekawe nie pamiętam w ogóle zdartych kolan, potłuczonych łokci i małych lokomocyjnych nieszczęść. Za to utkwiło we mnie i trwa nieprzerwanie do dziś poczucie wolności.

Pamiętam dokładnie, kiedy mogłam po raz pierwszy pojechać na wycieczkę rowerową na własnym rowerze, dwukołowym! Pamiętam, jak rodzice tłumaczyli, którędy pojedziemy i przypominali, że „prawa strona” to ta od ręki, w której trzymam łyżkę, jedząc zupę. Jechaliśmy zawsze jeden za drugim, we wcześniej ustalonym porządku. Choć były to góra 10-15 km wycieczki, każdą z nich zapamiętałam jako wielką wyprawę.

Wiele lat później zobaczyłam te same emocje, ale w zupełnie innym kontekście, na dużym ekranie. Wszystko za sprawą pierwszego arabskiego filmu w całości wyreżyserowanego przez kobietę – Wadjda. Marzeniem 10-latki, która jest tytułową bohaterką filmu, jest własny rower. Problem w tym, że Arabii Saudyjskiej dziewczynkom nie wolno jeździć na rowerze, bo – jak słyszy w filmie Wadjda – może od tego ucierpieć ich dusza i ciało.

Ja myślę, że przede wszystkim może się rozwinąć.

Lubię rower za to, że wymaga uważności. Zwłaszcza w mieście, gdzie trzeba non stop zwracać na kogoś i na coś uwagę. Myśleć o bezpieczeństwie i rozsądnie mierzyć, ile chce się zapłacić za własny pośpiech lub głupotę lepszości. Na SORach podobno mówią, że rowerzyści zwykli mylić pierwszeństwo z nieśmiertelnością.

Ale również w otoczeniu przyrody, gdzie pierwsze przekręcenie pedałów już chyba zawsze będzie dla mnie początkiem podróży. Nie chodzi o to, żeby przemieścić się z punktu A do punktu B, ale żeby nie przeoczyć nic po drodze. Dzięki rowerowi dostrzegam to co dookoła. Czuję to każdym ruchem. Nie jestem dla świata ani za szybka, ani za wolna. Trzymam swoje tempo, które z jednej strony pozwala mi wszystko wkoło zauważyć, a z drugiej ze swobodą puścić myśli.

Choć to zupełnie niepoprawne, muszę przyznać, że najbardziej lubię puszczać je po kieliszku wina, w czasie wieczornych przejażdżek wzdłuż Wisły, z wiatrem we włosach i w sukience. Wtedy tylko ważne, żeby myśli nie pomylić z kierownicą.

W końcu za jedną z największych dorosłych przyjemności uważam całoroczną jazdę rowerem, niezależnie od pogody. Niektórzy mówią, że to masochizm – dla mnie to swoboda.
Przecinać w mokre poranki mgły i słuchać, jak ten rower śpiewa.

 

Navigate