Szczęśliwa dwunastka, czyli nieco inne podsumowanie roku 2019

Mijający rok rozpoczął się dla mnie w śniegu po pas i widoczności na maks 10 metrów przed siebie. Ciężko, ale pięknie. Aż szkoda, że nie mówi się, że jaki Nowy Rok, taki cały rok, bo pasowałoby idealnie. Wiele spraw kosztowało mnie bardzo dużo wysiłku, ale ani razu nie poszło to na marne. I jak powiedziała M., nawet jeśli momentami WCALE nam się nie podobało, to jednak chodźmy dalej! 🙂

Biali Wędrowcy

Spontaniczność ocierająca się o chaos jest dla mnie trudna, zwłaszcza jeśli chodzi o grupowe wyjazdy. Dlatego kiedy dzień przed sylwestrem nadal nie było wiadomo, dokąd pójdziemy, a dodatkowo prognoza pogody sugerowała, że nieważne gdzie – na pewno po błocie, byłam gotowa zostać jednak w łóżku. A potem zaczęło padać i padać. Szliśmy gęsiego w śniegu po pas i sama nie wiem, ile razy żałowałam, że mi się zachciało w góry. A potem była impreza w schronisku na Turbaczu i noworoczny zejścio-zjazd po białym puchu. Wiedziałam już, że najpewniej dostanę w tym roku w kość, i że będzie warto. Choć ogonowa dość długo boli 😉

Ukradzione lato

O tym zakątku świata marzyłam od dawna. Nie potrafię dokładnie powiedzieć dlaczego. Pewnie zdaniem niektórych zaczęłam banalnie – od Tajlandii i Kambodży. A jednak mnie niczego nie brakowało. Wrócę z takim samym apetytem. Co wybrać z tych 3 tygodni? Nie wiem, nie potrafię. Po prostu chciałabym jeszcze raz obierać pachnące, dojrzałe owoce, siedząc na patio tajskiego domu. W uszach miałabym dźwięk cykad, na twarzy chyba pierwszy tego dnia ożywczy podmuch wiatru, a po moich palcach płynąłby sok z mango.

Letnia dziewczyna na zimowym szlaku

Okazało się, że jet lagu nie trzeba odsypiać, a wystarczy wyprać błyskawicznie. I choć zmiana temperatury o 35 stopni brzmi dość dramatycznie, to weekend w chacie, w której człowieka budzi bliski sercu śmiech i góry, bardzo łagodzi aklimatyzację. Podobnie jak turlanie w śniegu, przytulasy na kanapie i ogórkowa u Rumcajsa.

Oswajanie na nowo

Na mojej buzi mieszały się opalenizna, rumieniec i piegi. Z czoła płynęła stróżka potu. Stałam na środku jeziora i gdyby nie (zapewne) kilkadziesiąt centymetrów lodu – utonęłabym w zachwycie.
Dobrze jest wracać do siebie i oswajać na nowo rzeczy, o których się myślało, że już nie będą możliwe.

Z ust do ust

Pamiętam, że byłam okropnie zmęczona. Planowałam trochę porozmawiać, lampkę wina i do domu. A skończyłam pociągając za spłuczkę w nieczynnej toalecie, otwierającej drzwi, których się nie spodziewałam. Bardzo żałuję, że nie widziałam przez te sekundy swojej miny.
Nie lubię być zaskakiwana, a jednak to była najlepsza nie-randka w moim życiu. Być może najbardziej dziwi mnie, że taka udana, tak bardzo nie w moim stylu!

Kameralnie

Ogień sprawia, że jedzenie smakuje inaczej, twarze wyglądają łagodniej, a rozmowy toczą się wolniej i bliżej. Przy ognisku można usłyszeć więcej. Być może to ciepło topi nasz dystans, lęki i maskę na każdą okazję. A może po prostu warto spędzać razem letnie noce.

Spadająca gwiazda

Wiedziałam, jak bardzo czekała na ten łobóz. Udzieliły mi się Jej zniecierpliwienie i ekscytacja. A później radość z beztroskich wakacji w kolonijno-sanatoryjnym trybie. Sama na pewno bym takich nie wybrała i nie przeżyła. Dzięki, Łanowo!

Poza tym miałam przeczucie, że nadchodzi zmiana. A w ważnych sprawach, zawsze zależy mi na dobrym końcu. Nawet jeśli miałby być pozbierany z odłamków.  Ale póki co byłam nad morzem i spadały do niego gwiazdy. A ja to widziałam.

Leżę i pracuję

Spodziewałam się, że to co robiłam wcześniej, zmieniam na coś więcej niż pracę. Że nawet jeśli nikt nie będzie tego formalnie wymagał, to sama nie będę potrafiła traktować tego w kategorii „od 8 do 16”. Zwłaszcza kiedy pojawi się pierwszy niepoliczalny rachunek – zapłacony bezcenną walutą wzajemnego zaufania.

A woman’s place is on top

W prognozie widziałam piękną pogodę, ale akurat nikt nie miał czasu (albo ochoty) wybrać się ze mną. Oczywiście z osób, którym lubię dotrzymywać kroku. Czasem myślę, że nie ma bardziej oschłej odpowiedzi niż „mam inne plany”. Dlatego postanowiłam sama tak do siebie nigdy już nie mówić. Wbrew mniejszym i większym przeciwnościom.
Miała być tylko pętelka Grześ – Rakoń, ale szło się tak pięknie, że nie mogłam się powstrzymać przed podziwianiem czterech pór roku ze szczytu Wołowca.

Jak nie masz psa, to pożycz od kogoś

Moje łóżko nie było moje. I mimo, że mam 160 cm w kapeluszu (na szerokość też nie za dużo – raczej przeciętnie), pies 40 cm w kłębie, a łóżko imponujące dwa metry, to ledwo się mieściliśmy. Wstawałam o jakichś chorych porach i szłam na spacer w deszczu. Na tym spacerze lekko truchtałam i rzucałam patykami, za którymi pies gonił. I oboje się z tego cieszyliśmy. Poza tym dotknęłam własnymi rękami osierścionych (jest takie słowo?) suchych króliczych uszu, które podobno są przysmakiem.
Dwa miesiące później nie spałam prawie trzy noce, by podjąć trudną decyzję, że chcę psa. Ale jeszcze teraz nie mogę.

Odczarowany listopad

Nie wiem, kiedy to się stało, ale zakochałam się w Beskidzie Niskim. Całkowicie przepadłam we wsiach, których nie ma. Chciałabym je oglądać o wschodzie i zmroku, upalnym latem i ponurą jesienią. Deptać bez końca po śladach, które dawno zniknęły. Niby łatwiej przekraczać potoki w lipcu niż w listopadzie (po 7. przestałam liczyć), ale czy tak samo magicznie? Tak samo biwakować zdecydowanie łatwiej przy 25 stopniach na plusie, ale zabawniej przy 5.

Bambino bombardino

Niby chciałam, ale czułam się trochę niepewnie. Przypomniało mi się, że te narty to jednak też wysiłek i chwilę mi zajęło, zanim wpadłam we właściwy rytm. Otuchy na zmianę dodawali mi: pizza i bombardino. Może w marcu w Alpach jest więcej słoneczka, ale to w grudniu jest grudzień <3

______

Okazuje się, że nikt tu nie ma dość i chcemy JESZCZE. Nie z zachłanności, ale z nieznośnej ciekawości świata. I tej radości, że nadal JESZCZE tyle przed nami. Do zobaczenia 2020!

Navigate