Szczęśliwa dwunastka, czyli nieco inne podsumowanie roku 2020

Mam wrażenie, że w tym roku podsumowań jest jakby mniej. Pewnie zamiast wyliczać kolejne nieszczęścia i niewypłaszczone krzywe, wszyscy wolelibyśmy po prostu mocno zatrzasnąć drzwi za odchodzącym 2020 i zrobić ten nieśmiały, ale jednak pełny nadziei (jak to ku nowości) krok w stronę 2021.
Też kusiło mnie, by nie zostawiać śladu po tym przedziwnym czasie. Ale po chwili uznałam, że Szczęśliwa dwunastka to już taka moja mała tradycja, publikuję ją po raz piąty! Co ciekawe – również w kontekście tego roku – większość współuczestników moich najfajniejszych chwil od lat się nie zmienia.

Przygoda przed urodą

Dziś kiedy myślę o tamtym weekendzie, to nie mogę uwierzyć, że to było faktycznie już w tym roku. Być może dlatego, że początek 2020 utopiłam w wielu rozczarowaniach i żalu, tym razem nie tylko do siebie. Ale może gdyby nie ten zachwyt nad puchatą od śniegu i słoneczną zimą w Gorcach, to moja żałość byłaby jeszcze większa? Kiedy odpoczywałam w bacówce, patrząc na ogień skaczący w kominku i za chowające się w coraz ciemniejszym niebie Tatry, przypomniało mi się zdanie, które pojawia się w początkowym odcinku 3. sezonu Anne with E. Ania mówi, że po latach modlitwy o urodę odkryła, że jej przeznaczeniem jest przygoda. Postanowiłam pożyczyć tę myśl, na znacznie dłużej niż tylko na rok.

Biegówki

Jeśli szukacie sportu, w którym jest niski próg wejścia, szybki progres, a przy zjazdach można się poczuć trochę jak James Bond, a trochę jak Justyna Kowalczyk – polecam! 🙂 Nie wiem, czy ktoś wymyślił już aplikację, w której mierzy się poziom endorfin wyzwalanych w trakcie konkretnej aktywności fizycznej, ale biegówki na Turbaczu byłyby w moim rankingu bardzo wysoko! A może to kwestia towarzystwa i i szarlotki z bitą śmietaną na szycie? Nigdy nie wiadomo.

Urodziny okrągłe, więc trudne

Według pla… w najgorszym wypadku miałam w 30. pić porto w Porto, a najlepszym być gdzieś w połowie 500 km drogi, którą wymarzyłam sobie urodzinowo wzdłuż oceanu wydeptać. Żeby została
mi w nogach i sercu. Nie wyobrażałam sobie spędzić tych urodzin inaczej niż w drodze. Nie wiedziałam tylko, że będzie to droga na Rysiankę przez Romankę. Początkowo myślałam o Diablaku lub Pilsku, bo w końcu 30. urodziny – niech to będzie prawdziwa góra! A potem jednak Rysianka z ostatnim krokusem nad głową.
Wizja 30. urodzin psuła mi humor od sama nie wiem kiedy. Żyłam w mocnym przeświadczeniu, które na dodatek sama sobie wtłoczyłam do głowy, że jeśli nie osiągnę czegoś przed 30., to już nigdy to się nie wydarzy. A potem niespodziewanie w najbliższych mi Beskidach, wydeptałam  sobie taką urodzinową naukę: czasem nie chodzi o wielki cel, ale żeby doświadczyć czegoś pięknego.
A pla… zawsze można zmienić.

W moje urodziny wydawało się też, że przeżywamy ten najgorszy i największy lockdown – kocham ludzi, którzy przyszli pod mój balkon, by pomachać mi z dystansu i wręczyć prezenty.

Szczęśliwego Nowego Półroku!

Słowem na 2020 rok było #jeszcze (że tyle radości przed nami). Ale już gdzieś koło lutego okazało się, że może jednak lepiej brzmiałoby #jeszczeco. A później pozostawało już dodać tylko #brzydkiesłowo pomiędzy „jeszcze” a „co” i wychodził nam idealny hasztag-komentarz sytuacyjny.
Można to było uratować tylko w jeden sposób. Udało się nam w końcu urzeczywistnić od dawna planowany fajniejszy, bo lipcowy sylwester – początek Nowego Półroku! W słonku, na kajaku, z winem i pizzą. Polecam, to chyba jedyna mądra rzecz, którą można wypożyczyć ze scenariusza Lejdis.

Tydzień pod cerkwią

Przez cały ten rok nie czułam się tak na miejscu, jak przez ten tydzień spędzony na granicy Beskidu Niskiego i Bieszczadów. „Po sąsiedzku” oznaczało 50 km drogi, więc spokojnie można było zapomnieć, że jest jakaś pandemia i w ogóle jakiekolwiek zmartwienia. Dopisywały nam pogoda, humor i apetyty. A każdy spacer pod cerkwię obfitował nie tylko w życiowe mądrości, ale też najpiękniejsze, pełne spokojnego świata widoki.

Wodny świtak

Jak powiedziałam, że świt a nie zachód, to usłyszałam, że trochę dziwnie. Tymczasem choć uwielbiam oba, to uważam te pierwsze za dużo bardziej romantyczne. Nie tylko dlatego, że kosztują więcej wysiłku, bo najpierw trzeba wygrać walkę z poduszką i grawitacją ciągnącą człowieka z powrotem do łóżka. Ale dlatego, że nie ma nic przyjemniejszego niż patrzeć, jak budzi się świat. Jak życie zaczyna się na nowo. Wchodzić do wody cieplejszej niż powietrze, rozgarniać ramionami mgły, by potem zjeść śniadanie na brzegu, dogrzewane najwyższymi promieniami słońca.

Wrzesień nad Zakrzówkiem

W moje kwietniowe urodziny wydawało się, że jesteśmy w największej dupie i świat albo zwariuje, albo się za chwilę skończy. Nawet jeśli wiedzieliśmy, to jednak nikt nie chciał przyjąć do wiadomości, że najgorzej to dopiero będzie. Wrześniowe babie lato było chyba ostatnim momentem beztroski, na dodatek rozpieściło mnie gorącymi dniami, które spędziłam nad Zakrzówkiem. Jednym Adriatykiem, na jaki mogłam sobie w tym roku pozwolić.

Pandemiczne wesela

Choć bardzo chciałabym, by życie wróciło już do normalności i liczę na to, że wszyscy będziemy mogli się szybko zaszczepić i o pandemii zapomnieć, to jest jedna przestrzeń, która mogłaby pozostać bez zmian. Byłam już na wielu ślubach i niesamowicie udanych weselach, ale jednak żadne nie ujęły mnie tak, jak te pandemiczne. Kameralne, bez żadnej presji, bo już przekładane raz albo trzy razy, bez wielkich przygotowań i tego wszystkiego co „musi być”. Wydawałoby się, że każdy powinien móc świętować miłość swojego życia po swojemu i wyłącznie na własnych zasadach, a okazuje się, że można tak, dopiero jak ma się pandemiczną wymówkę.

Bardzo mały człowiek

Od pewnego czasu z ciekawością i podziwem podglądam macierzyństwo bliskich mi kobiet. Tamten wieczór z pewnością nie był łatwy, ale raczej z tych upiornych, kiedy płacz noworodka miksuje się z wymęczonymi całym dniem emocjami kilkulatka. Miałam ten przywilej bycia wtedy na chwilę, może nawet z jakimś wsparciem? Nigdy wcześniej nie byłam tak blisko tak malutkiego człowieka.

Zwykła środa

Zamówione jedzenie, wino za nie więcej niż dwadzieścia kilka złotych, deszcz za oknem i śmiech w środku. To była taka zwyczajna środa, spotkanie bez żadnej okazji. Kolejna nauczka, że przyjaźń nie potrzebuje wcale wielkich wyzwań, choć i z takimi sobie poradzi.

Robić rzeczy po raz pierwszy

SUP jest trochę jak życie – dużo stabilniejszy niż się początkowo wydaje! Zwłaszcza, jeśli odpowiednio do niego podejść. Dlatego mimo, że strasznie się bałam zimnej kąpieli w brudnej wodzie, to zerwałam się o świcie i w temperaturze 7 październikowych stopni, przemierzałam na desce Wisłę. Może to magia robienia rzeczy po raz pierwszy, a może sprawdzonego już (i najlepszego na takie przygody) towarzystwa.

Choinka z patyków

W czasie spaceru po lesie pies przypomniał mi, ile można mieć radości z patyków. Nazbieraliśmy ich razem kilka. Powstała z tego nieco krzywa, a dzięki temu szalenie autentyczna choinka. Podobnie jak cały grudzień – inna niż zwykle, ale powyżej oczekiwań.

Słowa na nadchodzący rok #jeszcze nie mamy. Ale kto wie, może najlepsze będzie to, co niewypowiedziane?

Navigate