Szczęśliwa dwunastka, czyli inne podsumowanie roku

Na powitanie: Prztyczek

Obiecywałam sobie i innym już od dawna, ale ciągle „coś”. Wymówki się nie kończyły, choć była już najwyższa pora. W takich chwilach najlepiej sprawdzają się przyjaciele, którzy wiedzą, kiedy jesteśmy gotowi. Nie czekają, tylko dają prztyczka w nos. Z zaskoczenia. Bez tego nie byłoby tu dziś pisania. Dziękuję!

***

Tęgie Chłopy 

Było tłoczno i duszno, piwo nie pomagało, a za chwilę miało już tylko przeszkadzać. Na horyzoncie tuba, skrzypce, akordeon i chłopcy w koszulach. Na początku nieśmiało, potem już skocznie i bezwstydnie, bo usta Twoje gorące. Wszystkie strachy przełamały się w rytm dansingu.

Antresola 

Za oknem hulał zimny wiatr i padał jeszcze zimniejszy deszcz. Wiosna, choć już tak blisko, wydawała się nierealna. Leżeliśmy na brzuchach, patrząc z góry na chrapiącą trójkę. Mimo hałasu nosów i gardeł, było beztrosko i spokojnie. Z twardą podłogą wygrał miękki dotyk.

Scena

Szklane drzwi co chwilę się uchylały, na kolejnym krześle pojawiała się teczka, sweter, identyfikator. Niby tak miało być, ale w głowie cały czas krzyczało mi: czemu w ogóle dałam się na to namówić?!, na przemian z: jak zacznie drżeć ci lewa noga, to o tym nie myśl po prostu o tym zapomnij nie przejmuj się  Nie wiem, czy w końcu drżała, czy nie. Było zbyt fajnie, by zwrócić na to uwagę.

Piwo z sokiem z czarnego bzu

Rozpieszczone widokiem, leżakami i popołudniowym słońcem, lekko stuknęłyśmy szklanymi butelkami: Za maj! Powietrze pachniało świeżością, która przyprawiała o zawrót głowy. Myśli unosiły się lekko jak mydlane bańki, a Wawel uśmiechał się do nas z drugiego brzegu rzeki. Wielkie burzowe chmury krążyły gdzieś w pobliżu, ale tego popołudnia żadna nie miała prawa się zbliżyć.

Piechotą

Dokładne mapy nigdy nie przeszkadzały mi w gubieniu się. Zwykle wychodziły z tego miłe niespodzianki. Tym razem był to groźny budynek z wyrazem twarzy bardzo złym i dwiema – olbrzymimi! – huśtawkami obok. Pomyślałam, że lepiej byłoby z kimś, bo samemu trudno się należycie rozbujać. Trzeba więcej czasu i wysiłku, potem już bez różnicy. Był też Most Aniołów, odpoczynek w środku lasu i jedyna kawiarnia, o której pomyślałam, że nadaje się na randkę. Jeszcze się zobaczymy.

Pod górę

Po plecach płynęła mi strużka potu, a może deszczu. Ten drugi, choć z różną intensywnością, nie odpuszczał od rana. Niby przygotowana, przemokłam już do suchej nitki. Robiło się ciemno i ponuro, raczej zgubiłam szlak,  zabrakło też zasięgu. Zbawienne okazały się dwie młode sarny i próbujący dogonić je pies, który zrezygnowany, postanowił wrócić przez łąkę do domu. A ja razem z nim w kierunku drogi. W deszczowych i samotnych górach są same minusy i jeden plus. Naprawdę można nikogo nie spotkać.

Hamak

Zegar stał w miejscu, na ganku leżał słonecznik i świeżo wyrwane z ziemi marchewki. Chmury wędrowały grzbietami gór, przesuwając granice słońca tam, gdzie sięgały twarze, ale nogi już nie. Kocyki poszły w ruch. Wszystko było na swoim miejscu, choć nikt nic nie mówił. Działo się lato, które – jak mówi Ewa – na hamaku jest zawsze.

Wysokości

Krzyż wyraźnie widać z dołu, dlatego wydaje się, że jest całkiem blisko i spacerowo. Potem okazuje się, że wcale nie, ale warto. Dlatego, że z dołu nie widać podestu, na którym po minimum dwóch godzinach wędrówki w górę i pokonaniu kilku szczebelków można odpocząć, jedząc chaczapuri i patrząc górskim pasmom Kaukazu prosto w oczy. A jest to spojrzenie, za którym potem już zawsze się tęskni. Podobnie jak za dachem swaneckiej wieży, który odwiedziło się w tajemnicy i w drodze wyjątku, udając przez chwilę, że ma się znowu 10 lat.

Świtak

The Mountains are calling  – już sama nazwa budzika, który zadzwonił chwilę przed 1, miała w sobie obietnicę przygody. Uzupełniły ją ciemność, której nie ma się na co dzień, przecinana jedynie światłem czołówek, głucha cisza i spotkanie na rozstaju. Diablak okazał się nad wyraz gościnny. Starannie poukładane kamienie i śpiwór pozwalały umościć się tak wygodnie, że naprawdę trudno było walczyć ze snem – wszystko, by nie przeoczyć ani jednej ze spadających tamtej nocy gwiazd. Dobrze jest zobaczyć na własne oczy, że każdy dzień zaczyna się cudem.

Lody w gofrze

Poprzedni wieczór był z tych idealnych. Miło Cię widzieć  mówił most w ostatni weekend lata. Głowa być może odrobinę ciążyła, ale życie było tak lekkie, że grawitacja przegrywała. Nawet po porcji lodów w gofrze. Spacer wszystkimi zakamarkami Powiśla odsunął jesień w przyszłość, którą nie trzeba się martwić.

Pierwsze spotkanie

Bardzo się bałam – przede wszystkim własnych reakcji. Słyszałam zamieszanie, dźwięki i okrzyki, które nie pasowały do niczego, co miałam w głowie. Zostałam przywitana zupełnie niespodziewanym objęciem i już od progu poczułam, że jestem u siebie. Być może jakiś kawałeczek mojego serca wiedział to już od dawna, bo jestem pewna – zostanie tam na zawsze.

Weekend Cudów

Tym czasem rządzi F5 i niecierpliwe oczekiwanie na zero. Od tego zera zaczyna się niezmierzona dobroć ludzi, którzy jeszcze przed chwilą nawet się nie znali. Przez ten jeden weekend w roku dzięki wymarzonemu szamponowi, białej koszuli i dziecku, które pierwszy raz w życiu będzie spało na swoim łóżku, można uwierzyć, że świat jest dobry, a z nami wszystko w porządku. Dwa dni, na które czekam cały rok.

***

Koniec albo nowy początek: Rozmach

Poplątane i zabiegane spotkałyśmy się świątecznie. Niespecjalnie chciało się nam opowiadać, ale nic nie szkodziło, bo większość rozumiałyśmy bez słów. Udało się nam też wedle małej ważnej tradycji ustalić słowo na kolejny rok: rozmach. Teraz pozostaje ufać, że nie zamieni się w rozpierdol.

Navigate