Wpis antykulinarny

W jednej z moich ulubionych komedii romantycznych Życie od kuchni  (ang. No Reservations) Catrina Zeta-Jones i Aaaron Eckhart gotując kolejne sosy doprawiane szafranem, śpiewają razem włoskie arie i zakochują się w sobie bez pamięci. Między patelniami i rondlami dzieje się prawdziwa magia, a jedzenie przywraca światu właściwy – dobry i pełen miłości – porządek. Niestety, życie to nie film. A już na pewno nie życie w kuchni.

Uczucia mijają, głód – nigdy

Dlatego, jeśli już się z kimś wiązać, to koniecznie z kimś, kto potrafi gotować. Z takiego też założenia starałam się wychodzić, wierząc, że wspólne gotowanie niekoniecznie zaprowadzi mnie przed ołtarz, ale zapewni przynajmniej jeden ciepły posiłek dziennie. Sprawa stała się szczególnie paląca po wyprowadzce na studia, kiedy to wyszło na jaw, że moja mama niespecjalnie lubi pakować słoiki. Szybko okazało się, że to rzeczywiście tak działa (z tym jednym posiłkiem, nie z ołtarzem) pod warunkiem, że moja rola ogranicza się do krojenia lub obierania. Ambicjonalnie znieść tego nie mogłam, choć żołądek popierał. Skończyło się niestrawnością.

Kiedy będziesz miała chłopaka? Ja tu tylko zjeść przyszłam…

Samodzielne gotowanie było o tyle łatwiejsze, że kuchenny blat faktycznie służył głównie do krojenia. Poza tym nie dostrzegłam wielu zmian – nadal najlepiej radziłam sobie z obieraniem. Tyle, że na końcu nijak nie wychodził z tego ciepły posiłek. Prawdopodobnie tym niepowodzeniom zawdzięczam najlepszą figurę w moim życiu. Z tego co pamiętam, to pomiędzy dwoma kierunkami studiów, wolontariatem, praktykami, korepetycjami i tzw. życiem towarzyskim żywiłam się głównie glutenem pod postacią słodkiej bułki z Pawlaka w biegu lub makaronu z sosem z serka topionego jak akurat był czas. Mniam i fit. Wtedy też zdecydowałam, że w mojej kuchni będzie panować jedna zasada: minimum wysiłku, maksimum wrażenia. Praktyczne, ale wiadomo, że miłości z tego nie będzie.

Gotowanie to niebezpieczna zabawa, w której szczypta soli za dużo może okazać się
mściwą suką

Mimo tych wieloletnich doświadczeń, dopiero w zeszłym tygodniu zrozumiałam, dlaczego ja nigdy nie polubię gotowania i żadna miłość mnie do tego nie przekona. Wszystko za sprawą przepisów na „szybki i łatwy obiad”. Otóż, wydawałoby się, że nic prostszego. Są składniki, jest przepis, nic tylko połączyć, podgrzać i wymieszać. Co prawda nie próbowanie po drodze, co się gotuje, odrobinę utrudnia sprawę, ale kto to widział jeść takie niedogotowane?! No więc ja nie próbuję, bo ufam, że jak ktoś napisał przepis, który jest dokładną instrukcją, to chociaż raz wcześniej ugotował to, co opisał i wierzę, że i mnie się uda. I właśnie w tym cały dramat, że to ani trochę tak nie działa. Zwłaszcza, kiedy pomyli się kmin* z kuminem. Wtedy to cały wielki garnek jedzenia musi wylądować w koszu (próbowałam, ale nie przemogłam się, no przełknąć się tego nie dało), a razem z nim wszelka kulinarna ambicja i nadzieja na to, że kiedyś się uda.

(Jedyne, co potrafię szybko i ładnie pokroić bez uszczerbku na zdrowiu i ryzyka utraty kończyn, to cebula. No i nie trzeba obierać.)

*Z kminkiem. Pomyliłam z kminkiem przy gotowaniu, a przy pisaniu pomyliłam raz jeszcze. Dziękuję za uświadomienie w komentarzach. ja się do tego – brzydkie słowo – naprawdę nie nadaję.

 

 

 

 

 

Navigate