Za plecakiem

Nie lubię uciekać. Wydaje mi się, że wtedy już od startu skazuję się na porażkę. Że sama sobie zabieram oddech i sprawdzam, jak długo wytrzymam bez. Mam zadyszkę, zanim zacznę bieg. Już nawet nieważne, czy goni mnie pies, czy życie.

Być może chodzi też o to, że uciekać nie potrafię. Pamiętam, jak kiedyś jadąc rowerem, usłyszałam za sobą szczekanie i szelest krzaków. Było już ciemno, więc nie widziałam czworonoga. Ostatecznie mnie nie dogonił – może wcale nie chciał – ale ja skończyłam poobijana w rowie. Coś mi mówi, że w życiu byłoby podobnie. Strachy w głowie większe niż powód ucieczki.

Dlatego czasem zaciskam zęby i próbuję ufać bez strachu. Choć nie z bohaterstwa.

Dokładka odpowiedzialności? Jestem pierwsza w kolejce. Bliskość, która prawie zawsze wiąże się z samotnością? Zaryzykuję. Nadmiar zobowiązań? Dajcie więcej. Złe samopoczucie? Minie. Rozczarowanie w tym co ważne? Może kiedyś odeśpię.

Potrafię tak długo za długo. Aż wolałabym zniknąć. Niby nie uciekam, ale kulę się w sobie. Jakby tak ktoś chciał mnie przyjąć na bezpieczne przechowanie. Schować. Tylko na jakiś czas.

Zawsze wolałam zabawę w chowanego od tej w berka. Nie podobało mi się, że muszę przed kimś uciekać, a potem kogoś gonić. A na końcu klepnąć tak, żeby sam musiał włączyć się w tę szaleńczą bieganinę. Znacznie bardziej odpowiadało mi szukanie cichych kątów i zapomnianych zakamarków, w których można pozostać niezauważonym. Z podwiniętą brodą i drżącą wargą przeczekać kilka trudnych chwil. Policzyć do 10, a może nawet do 100. Ale zaufać w bycie odnalezionym, we właściwym momencie.

Dziś trudniej schować się za drzewem, szafą albo za półką ze słoikami w spiżarni.
Na szczęście za 40l plecakiem na drugim końcu świata już nie tak trudno.

Navigate